Legendy Magii Cienia

W objęciach Hordan

Wszelkie wypadki, które były ostatnio moim udziałem z pewnością są dziełem Bogini. Razem z Astarie, Nonariel, Remleusem, Nanokiem, Vojto Kristophosem, alchemikiem i Szczerbatą Czaszką wyszliśmy cali i zdrowi z kopalni złota nieopodal wioski Galen, a później z udało nam się zabić tę sukę harpię, ukrywającą się w ciele szlachcianki.

Jestem pewna, że to Bogini prowadziła mój sztylet, kiedy podrzynałam jej gardło. Pragnęła krwi i mojego oddania, modlitwa sama cisnęła mi się na usta, szeptałam, że jej krew pieczętuje nasze przymierze, a potem stało się coś niespodziewanego – jej dar wstąpił we mnie. Niemal namacalnie poczułam, jak wypełnia mnie jej moc, żądając kolejnej i kolejnej ofiary. Myślę, że w ten sposób chciała powiedzieć mi, że sprawdziłam się, ofiara była dobra, a moja misja i pobyt tutaj są ważne. Być może nawet ważna jest ta zbieranina, z którą podróżuję? Lecz kto tak na prawdę zna myśli Bogini i wie, jakie sieci snuje…? Remleus, kochany, dzielny, głupiutki Remleus, patrzył na mnie podejrzliwie, wyczuł chyba, że coś się zmieniło. Tyle, że sama na razie nie wiedziałam co.
Po walce, podczas gdy kapitan Tellario próbował zatuszować prawdziwe oblicze harpii i z zapałem pakował jej odciętą głowę do beczki, wzięłam na ręce małego Mruczka, kota karczmarza. Ładne, puszyste i ufne stworzenie bez oporów dało się zanieść do mojej izby. Postawiłam go, starannie zamknęłam i zabarykadowałam drzwi, zamknęłam okiennice i zapaliłam pojedynczą świecę. Przygotowałam cebrzyk i sztylet. I znowu TO się stało: inkantacja sama cisnęła mi się na usta, krew Mruczka zalała mi ręce, ciepła i lepka, a moc Bogini wypełniała mnie jak naczynie. Tym razem wiedziałam, czego pragnę. Wymówiłam nazwę zaklęcia, a ono ze mną zostało. Dar Hordan był ze mną, mroczna Pani oplatała mnie swoimi cierniowymi ramionami. Dokonało się.

Wyruszyliśmy z karczmy. Przez chwilę nawet wydawało nam się, że wszystko jest w porządku, ale była to bardzo krótka chwila. Ktoś nas śledził. I było ich wielu. Vojto Kristophosowi udało się zidentyfikować nasz ogon. Były to jalizarskie bandy gildii złodziei: Czarne Dłonie, specjalizujące się w rabunkach i porwaniach – bardzo liczna, ale słabo uzbrojona hołota; Błękitnokrwiści, upadli szlachcice, przekonane o własnej wartości bufony w liczbie około 30, z błyszczącym orężem i pięknymi rumakami oraz chyba najgorsi – skrytobójcy z Karmazynowej Dłoni – niezwykle skuteczna acz nieliczna grupa asasynów, których często człowiek nawet nie zdąży zobaczyć przed śmiercią. Nanoc słusznie zauważył, że należało pozabijać wszystkich buntowników, których prowadziliśmy z kopalni do Gallen, a nie tylko ostrzegawczo uciąć głowę jednemu, jak zrobiła to Ashtariae. A teraz ci, co uszli z życiem, rozjuszeni dodatkowo przez śmierć kompana i pazerni na wiezione przez nas złoto, taki właśnie wyobrazili sobie odwet. Cóż, jedyne co przychodziło mi na myśl to „w nogi”.

Jechaliśmy bardzo szybko i w niedługim czasie linia gór zamajaczyła nam na horyzoncie. Do naszego niewielkiego orszaku dołączył jeszcze jeden towarzysz, którego poznaliśmy w Gallen, mieszkaniec Hebanowej Sawanny, Makumba Mokombo, który twierdził, że ma w stosunku do nas dług życia i okazaną pomocą chce go spłacić. Mieliśmy tylko jedną noc na przedyskutowanie planów wybrnięcia z impasu, więc każda pomoc wydawała się być na miejscu. Ścigające nas grupy przekonane były, że posiadamy ponad dwa razy więcej złota, niż mieliśmy go w rzeczywistości, a taka ilość kruszcu mogłaby poważnie zachwiać delikatną równowagę w Jalizarze. Okazało się również, że rzeczywiście mamy się czego bać – przede wszystkim ze strony Karmazynowych Dłoni – jak opowiadał Vojto, który okazał się specjalistą w złodziejskim fachu i dezerterem z dwóch rzeczonych grup. Jarra usługiwała, co rusz dolewając wina lub wody z zapasów, podczas gdy w naszym małym obozowisku wrzało. Każdy inaczej wyobrażał sobie ucieczkę przed jalizarskimi bandami, a nikt oczywiście nie był strategiem ani taktykiem: to wciągnąć ich w pułapkę, to wybić, to zrobić małą wojenkę, to podstępem nasłać na siebie… Spór był długi, ale udało się osiągnąć w miarę sensowne porozumienie: my mieliśmy udać się w stronę gór, gdzie spróbujemy zakopać złoto i napuścić na siebie niedoszłych właścicieli naszego dobytku wmawiając im, że złoto już nam zabrano, Makumba natomiast miał wziąć nasze luzaki i pogalopować w stronę zachodzącego słońca, a za nim część naszego pościgu. Wiedzieliśmy, że są to śliskie założenia, ale chyba nawet trzy dni obrad nie spowodowałyby wymyślenia lepszego planu. Remleus, nieszczęśliwy, że musiał się rozstać ze swoją trzódką, z której stworzył już niemal stadninę, galopował na przedzie wyznaczając szlak. Reszta z nas podążała za nim, a pochód zamykał Nanoc osłaniając tyły.
Już u stóp góry usłyszeliśmy wściekły kwik, rżenie, rzężenie i plask – to głowa wierzchowca Remleusa potoczyła się po ścieżce. On sam błyskawicznie zeskoczył z osuwającego się na ziemię korpusu z żądzą mordu w oczach. Pierwsza zareagowała Nonariel, próbując przepatrywać gęstwinę, jednakże cień tylko mignął i już go nie było.
- Ich plan się nie powiódł i nie powiedzie! – odgrażał się hoplita. Próbowaliśmy pocieszać go jakoś. Szczerbata Czaszka zsiadł ze swojego konia, podprowadził go Remleusowi, a sam usadowił się na grzbiecie wołu, przyjmując iście arystokratyczną minę. Postanowiliśmy nie kontynuować pościgu, tylko czym prędzej zając się ukryciem złota. Gdy wybraliśmy odpowiednie miejsce, męska część drużyny zajęła się kopaniem dołu. Ja z Ashtariae nadzowałyśmy, jak Jarra poi konie i poprawia juki. Za sobą usłyszałam syk Szczerbatej Czaszki:
- Przeproś…
- Nie zrobię tego – odparł spokojnie Nanoc
- Przeproś – znowu syk maga
- Nie! – krzyk Norda
Próbowałam wskoczyć między nich, powstrzymać tych napakowanych testosteronem imbecyli przed pozabijaniem się. Na nieszczęście byli już tak na siebie wściekli, ze ignorowali wszystko wokół. Mag stał z wyciągniętą czaszką dziadka, na której było małe nieszczerbienie, Nanoc, kipiąc złością napiął wszystkie mięśnie i sprawiał wrażenie, jakby sama góra miała zaatakować.
- Powiedz: przepraszam dziadku – teraz już wiedziałam, że to nie może skończyć się dobrze. Nasz szalony mag inkantował, próbował zmusić Nanoca do przeprosin.
- Przepraszam dziadku – wychrypiał nieobecnym głosem Nord, po czym otrząsnął się, jakby zaskoczony tym co właśnie powiedział. Wokół nas wybuchły pnącza, skutecznie uniemożliwiając wszystkim wokół jakiekolwiek poruszanie lub nawet głębszy oddech – to alchemik Lotosu postanowił, że czas na interwencję. Nanoc jednak nie zważał na nie, rozplątał się kilkoma zwinnymi ruchami i z furią podbiegł do unieruchomionego maga, porwał z jego dłoni czaszkę i z niedźwiedzią siłą roztrzaskał ją o ziemię. Za naszymi plecami rozległ się krzyk i zobaczyliśmy tylko przerażoną twarz Jarry, wciąganej przez białe łapska wgłąb lasu.

Comments

Witold_Fiore_Hess d00mka

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.