Legendy Magii Cienia

Pożegnanie z dziadkiem (?) i wspominki

Ten, który kazał się zwać Szczerbatą Czaszką, poczuł lekkie ukłucie niepokoju, gdy bezmózga kupa barbarzyńskich mięśni wyrwała się z magicznie przyzwanych pnączy i ruszyła w jego kierunku.
„Nie jest chyba aż tak głupi, prawda…?” – zdołał tylko pomyśleć. Wielkie łapska Norda wyrwały mu czaszkę dziadka z dłoni. Rycząc jak jakieś zwierze, Nanok uderzył nią kilka razy o ziemię. Stare kości najpierw pękły a później roztrzaskały się na kawałki. Kilka większych, a w większości mniejszych fragmentów rozprysnęło się na wszystkie strony. Pojedyncze zęby, spadły gdzieś w trawę, pogruchotany płat czołowy odbił się od wielkiej łydki barbarzyńcy i poleciał gdzieś w ciemność.
„Hmm…”

Wiele lat wcześniej.
- Miałeś tydzień czasu żeby się stąd wynieść starcze. – powiedział wódz klanu Wiecznej Góry. – Najwyższa pora żebyście się stąd zabrali, razem z tym dzieciakiem. Ludzie Ci nie ufają, boją się że sprowadzisz na nas nieszczęście! Już od miesięcy widać coraz większe niezadowolenie przodków. Zwierzyny jest coraz mniej w lasach, rzeka wezbrała i zalała jeden z kurhanów. Wszyscy wiedzą że to wina tych Twoich plugawych rytuałów! WYNOCHA!
Towarzysze wodza, jak na komendę, wyjęli pałki, kije a dwóch najbardziej zaufanych (i zapewne najlepiej władających orężem) stare, pordzewiałe miecze.
Starzec pogładził długą, śnieżnobiałą brodę i spojrzał na intruzów.
- Nie. – powiedział spokojnie, po czym się odwrócił i zniknął w czeluściach swojego kurhanu. Ciężkie, kamienne drzwi zamknęły się za nim. Praktycznie bezgłośnie.
- Eee… I co teraz? – zapytał Sikający na Wilki (tak naprawdę był tylko jeden wilk i to bardzo chory. Bezgwiezdne niebo i olbrzymia ilość sfermentowanych owoców także pomogły w uzyskaniu tego dumnego imienia). – Nie zdołamy się w siedmiu przebić przez te drzwi. Jego kopiec jest jakiś…inny.
- Wiem, cholera jasna. – powiedział wódz Kruszący Kamienie. – Niech dwóch się ukryje i obserwuje ten grobowiec. W końcu będą musieli wyjść po jakieś jedzenie, albo wodę. My natomiast poczekamy aż wróci reszta chłopów z wyprawy łowieckiej. Jeśli do tego czasu się nie wyniosą, weźmiemy łopaty, kilofy i młoty. Jak będziemy w kupie, to żaden kamień ich nie ochroni.

Młody, na oko dziewięcioletni chłopiec chrapał w najlepsze. Starodawna księga, od pokoleń skrywająca tajniki magii okazała się doskonałą poduszką…
Starzec spojrzał na chłopca i pokręcił głową z niezadowoleniem.
- Miałeś skończyć czytać kolejny rozdział! – warknął, szturchając dzieciaka w ramię.
- ARGHAMMUR KOPPATEZ HOR!! – wybełkotał obudzony, mało nie spadając z krzesła. Świece, okalające pomieszczenie, nagle zmieniły barwy na zielony. Na środku pomieszczenia, gdzieś na wysokości głowy dorosłego mężczyzny, pojawiła się demoniczna twarz.
- KTO ŚMIE PRZYZYWAĆ POTĘŻNEGO…!
Stary czarnoksiężnik szybkim ruchem wyjął zza paska kościaną grzechotkę i nią potrząsnął. Twarz zniknęła, świece ponownie zaświeciły zwykłą, pomarańczową barwą.
- Ufff, ale byś narobił! – zganił chłopca starzec, chociaż początkowe zdenerwowanie w jego głosie zastąpiło rozbawienie.
- Przepraszam dziadku. – powiedział chłopiec, przecierając zaspane oczy. – Gdy skończyłem fragment który mi kazałeś przeczytać, zacząłem wertować księgę. Rozdział siedemnasty zwrócił moją uwagę.
- Zrozumiałeś go? Ciekawe… No dobrze, na dzisiaj wystarczy. Teraz idź przygotować nam coś do jedzenia. Ja muszę porozmawiać z przodkami – obawiam się ze Ci idioci z klanu będą chcieli zrobić coś bardzo, bardzo głupiego.
- Umm, dziadku? Co to było? To, co przed chwilą odegnałeś?
- Hmm, rozdział 17… pewnie jakieś pomniejsze bóstwo, albo większy demon – ciężko powiedzieć. Dopóki nie zdołasz w pełni zapanować nad swoimi mocami, lepiej nie dopytywać. A teraz do kuchni!

Kruszący Kamienie odłożył wielki młot. Zarówno ta broń, jak i pozostałe narzędzia kosztowały go całą fortunę – praktycznie wszystkie kosztowności które posiadał, ale wiedział że było warto. Historie o bogactwach schowanych w kurhanie starego, były znane nawet okolicznym klanom. Prawda, w opowieściach o skarbach przewijały się też plotki jakoby tak naprawdę nikt ich nie widział, a jedyny człowiek który zdołał w ogóle przekroczyć próg pagórka, bardzo szybko z niego wyszedł, tylko po to żeby po zrobieniu kilku kroków umrzeć… Ale kto by tam dawał wiarę plotkom!
- Dobra chłopy, idzie nieźle, ale muszę oddech złapać! – zasapał, odsuwając się od wejścia. – Teraz wy trzej, z kilofami. Reszta, bliżej te pochodnie trzymać bo ciemno jak w dupie! Sikający, Stalowe Zęby do mnie! Jakby stary wyskoczył to zasiekać go momentalnie, a młodego… No cóż… Puszczać strach, bo jeszcze podrośnie i wróci więc też na miecze wziąć.. trudno. Ty Łasica natomiast, na wszelki wypadek usiądź z boku… Jeśli by się okazało że stary zna jakieś sztuczki, to wiesz co masz zrobić.
Gruby, niski mężczyzna, o twarzy zaskakująco przypominającej pysk łasicy, popatrzył niepewnie na swojego wodza.
- Myślisz że to prawda…? To znaczy z tą magią?
- Gówno nie magia, widziałeś kiedyś jakieś czary mary? I nie, kamyczek znikający pod kubkami się nie liczy. Nie ma czegoś takiego i koniec.
- Hmm, to po co kazałeś kupić te strzałki?
Kruszący Kamienie łypnął złowrogo na Łasicę, kończąc rozmowę. Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Trzech rosłych kurhanów z kilofami w rękach podeszło do kamiennych drzwi. Zaraz za nimi stał wódz, obok niego dwóch wojowników uzbrojonych w miecze a kilka kroków z boku przyklęknął niepewny całej sytuacji Łasica. Cała szóstka była otoczona pierścieniem kilkudziesięciu, rosłych mężczyzn z klanu Wiecznej Góry. Wszyscy trzymali zapalone pochodnie i w milczeniu czekali aż drzwi do obiecanego „skarbu” staną otworem.
- No, to zaczynajcie – rozkazał wódz.
Drzwi zazgrzytały, po czym zaczęły się powoli otwierać. Trzy, wzniesione w powietrze kilofy zamarły a ich właściciele wstrzymali oddech.
W wejściu stanął starzec. Nie wyglądał na złego. Nie miał żadnej broni, nie licząc kościanego kostura na którym się wspierał. Zrobił krok do przodu, na co ci z kilofami, niepewni tego jak zareagować, odskoczyli do tyłu.
- Dajesz Stalowe Zęby, na dziada! – dziarsko zakrzyknął Sikający na Wilki, robiąc krok w kierunku starca. Drugiego kroku już nie zdołał zrobić. Nagle, kolana się pod nim ugięły a on sam dziwnie jęknął padając na czworaka. Otaczający go towarzysze zamarli. Sikający na Wilki zacharczał, kaszlnął, po czym zwymiotował. Na trawę wylała się treść żołądka i nieprzetrawione resztki obiadu. Po kilku spazmach, zapluł żółcią, załkał, po czym zaczął wymiotować krwią. Mężczyźni klanu Wiecznej Góry cofnęli się od swojego umierającego w katuszach towarzysza.
- O żesz… – wymamrotał Stalowe Zęby, z przerażeniem patrząc jak jego przyjaciel, płacząc, wyrzyguje swoje wnętrzności. „Nawet nie jest w stanie krzyczeć” – pomyślał.
- ZABIĆ!! – krzyk wodza wyrwał wszystkich wojowników z otępienia. Nie myśląc wiele, skoczyli na czarnoksiężnika.

- Dziadku? – chłopiec przekroczył zwłoki mężczyzny, który najwyraźniej zarzygał się na śmierć. Wokół wejścia leżała masa trupów. Niektórych mężczyzn kojarzył, jeszcze z czasów gdy okazjonalnie z dziadkiem przychodzili do głównego kurhanu żeby handlować – głównie skórami. Ten z lewej na przykład, to był chyba wódz. Ciężko jednak było to stwierdzić, bo cały był pokryty białymi larwami które w najlepsze go zjadały. Obok niego leżał jeden z rybaków klanowych. Jakby zwinięty w kłębek, do snu, tylko że w drugą stronę. Za nim stał ten, którego zwali Łasicą. Ciężko powiedzieć jakim cudem nadal utrzymywał pion, biorąc pod uwagę że jego głowa znajdowała się jakieś 60 cm nad wysokością ramion. Ktoś, lub coś, wyrwało z mężczyzny większą część jego kręgosłupa (głowa była nadal do niego przytroczona) i zostawiło go w takiej groteskowej pozie. Na pewno był dzięki temu zabiegowi wyższy. Na swoje nieszczęście, był też bardzo, ale to bardzo martwy.
Kolejni, których mijał chłopiec, nie wyglądali wcale lepiej. Jeden leżał z wybałuszonymi oczami i dłońmi mordercy, zaciśniętymi wokół szyi. To były jego własne dłonie. Inny był praktycznie cały przegniły. Jego ciało, z wyjątkiem głowy i części klatki piersiowej, uległo rozkładowi, mimo że nie mógł być tutaj na tyle długo żeby nastąpiło to z przyczyn naturalnych. Kolejni zdawali się jakby pozagryzani przez jakieś stworzenie, może dzikie zwierze. Jeszcze inni byli po prostu spaleni.
Pośród tego wszystkiego, na trupie najgrubszego z mężczyzn siedział dziadek chłopca. Obok niego, powarkując, stała jakaś dziwna, podobna do psa istota. Stworzenie spojrzało na chłopca, po czym rozpłynęło się w powietrzu, zostawiając po sobie delikatny smród zgnilizny i rozkładu.
Czarnoksiężnik nie wyglądał na rannego, był za to bardzo niezadowolony.
- Zaskoczyli mnie. – powiedział spokojnie. – Przyznam, że nie doceniłem ich determinacji.
- Nie zranili Cie przecież, prawda? – zapytał z niepokojem chłopiec.
- Nie do końca. Ale zdołali mnie zabić. – odpowiedział czarnoksiężnik, pokazując swojemu wnukowi małą, drewnianą strzałkę. – Trucizna, niestety nie wiem jaka. Nigdy się tym za bardzo nie interesowałem… Ha! Wszystko wskazuje na to, że trzeba było.
- Co zrobimy dziadku?
Starzec wstał powoli, wspierając się na kosturze i ramieniu chłopca.
- Teraz, wracamy do domu. Musimy przygotować Rytuał Podróży, zanim to świństwo zacznie działać. Jutro natomiast, gdy tylko się obudzisz, przejdziemy do kolejnego rozdziału. Opowiem Ci o przyzywaniu sług i towarzyszy. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy w podróży.
- Gdzieś wyruszamy?
- Jeszcze nie…

Kilka lat później.
Młody mężczyzna, powoli zamknął księgę i przetarł zmęczone oczy.
- Tak, wiem o co tu chodzi, chociaż przyznam że kilka rzeczy bym zmienił. – powiedział. – Myślę że dopracuję trochę efekt finalny, bo ten opisany przez prapraprapraprapradziadka nie podoba mi się. Jest jakiś taki…bez polotu, inwencji!
W głównym pomieszczeniu kurhanu panowała cisza i półmrok, rozpraszany jedynie przez kilka świec. Większość z nich ustawiona była przy podeście z księgą. Mężczyzna przeciągnął się ospale, ziewnął, po czym drapiąc się po tyłku ruszył w kierunku stołu. Na blacie leżał nieduży plecak podróżny, kilka sakiewek oraz podróżny tobołek.
- Nie, nie mam już siły. Zwłaszcza że najwyższy czas się zbierać. – zatrzymał się, odwrócił w kierunku podestu, na którym obok oprawionej w skórę księgi, leżała czaszka i spojrzał w jej czarne, puste oczodoły – Wiesz że nigdy nie byłem dalej niż kilka staj od naszego kurhanu? Cholera, jak teraz o tym myślę, to zaczynam chyba odczuwać lekki niepokój.
Na twarzy mężczyzny pojawił się lekki uśmiech. „Na pewno będzie ciekawie” – pomyślał, zakładając plecak. Gdy wszystko już było na swoim miejscu: albo na plecach, albo przytroczone do paska, podszedł do stojaka i wziął z niego czaszkę.
- No! Komu w drogę, temu kamienie w buty! Czy jakoś tak… Wiem że coś pokręciłem, nieistotne. Poważnie? Będziesz mi przez całą drogę marudził? Tak, wiem ale… Hmm – zamyślił się, sięgając po kościany kostur.
- Pewnie masz rację. Co powiesz na „Szczerbata Czaszka”? – zapytał, kierując się do wyjścia z kurhanu.
Z czaszką w jednej ręce, a kosturem w drugiej wyszedł z Kurhanu Przodków, jednej z najstarszych nekropolii w okolicy. Słońce, powoli wyłaniało się zza drzew – zapowiadał się słoneczny, ciepły dzień. Mężczyzna stuknął kosturem o podłoże. Kamienne drzwi, z cichym zgrzytem zamknęły wejście do kurhanu. Przez ułamek sekundy, na pobrudzonej, w kilku miejscach pokrytej mchem, powierzchni kamienia pojawiły się zielonkawe znaki. Jakby litery. Szybko jednak zniknęły.
- To jak, w którą stronę proponujesz wyruszyć najpierw? – powiedział wesoło, lekko podrzucając czaszkę. Nie zdołał jej złapać. Spadła na trawę, po czym zaczęła się staczać w dół pagórka.
- Aha, czyli na południe… – wymamrotał, po czym popędził za czaszką. – Dziadku!! Czekaj!!

Comments

Witold_Fiore_Hess mich_smigielski

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.