Legendy Magii Cienia

Pan Wód

Wylądowaliśmy. Nasz statek, jak łupinka, obił się o brzeg. A ktoś wcześniej sugerował, że statki to nie do końca wiarygodne środki transportu – czemu go nie posłuchaliśmy?! Tak czy inaczej znaleźliśmy się na wyspie. Przy zderzeniu z tą wielką… macką, należącą z pewnością do jakiejś równie wielkiej istoty, mogło się skończyć o wiele gorzej. Tymczasem statek wymagał napraw i zwodowania, a my byliśmy w jednym kawałku, postanowiliśmy więc nie tracić czasu i udać się na zwiady.
Wyspa nie przypominała jakąkolwiek innej, którą kiedykolwiek widziałam. Z jednej strony porastała ją gęsta, jakby pradawna dżungla – tak, że musieliśmy wycinać sobie przez nią drogę, z drugiej – bogactwo roślin, jakie tam zobaczyliśmy było nie do opisania. Paprocie rzucały koralowe i żółte pnącza, wielkie na kilka stóp kwiaty rozkwitały, rozsiewając hipnotyzujący zapach, drzewa z nieznanych gatunków pochylały barwne w złoto i lazur liście, a pod stopami sprężynowało poszycie w kolorze palonej sieny, mosiądzu i turkusu. Feeria barw i zapachów sprawiała, że było w tym wszystkim coś niesamowitego, oszałamiającego, a jednak wszyscy byliśmy dziwnie zaniepokojeni i zachowywaliśmy wzmożoną ostrożność, jakby sama ziemia była nienaturalna, a czyjeś oczy ślizgały się po plecach. Chciałam wierzyć, że to ten dziwny las tak na nas działa…
Wspięliśmy się po sporą górę i zdołaliśmy wyciąć sobie drogę do prześwitu. Zobaczyliśmy, jak zbocze ostro opada w dół, ku dolinie i usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk. Krzyczała kobieta, zarys jej sylwetki widoczny był w dole. Moi towarzysze oczywiście natychmiast pobiegli ją ratować – jednak spędzanie czasu ze mną coś dało – warunkowanie robi swoje. Zostałam nieco z tyłu, schodząc niespiesznie w dół zbocza i wtedy zaatakowali. Jak na nasze standardy to byli malutcy, brązowi i nieco pomarszczeni ludzikowie, w ich oczach czaił się obłęd, brakowało tam natomiast większej inteligencji. Zdążyłam się obrócić, kiedy jeden z nich plunął zatrutą strzałką w moją stronę, drugi natomiast próbował pochwycić mnie czymś, co wyglądało jak sieć. Tym razem to mój okrzyk usłyszeli towarzysze. Vojto Kristofos i Nonariel zawrócilli w moją stronę, Czaszka z Jarą i Remleusem biegli nadal w stronę branki.
Na szczęście pigmej, który chciał obezwładnić mnie siecią był na tyle niezdarny, że niemal obezwładnił sam siebie, a zatruta strzałka chybiła celu. Moc Bogini pozwoliła mi na krótką chwilę odepchnąć przeciwników, a w tym czasie moi przyjaciele dokonali swego krwawego dzieła. Małe ciałka pigmejów leżały zlane ich własną, brunatną posoką. Z amuletu człowieczka wyciągnęłam natomiast coś, co jest niezwykle rzadkie i cenne – czerwony bursztyn, lek na wszelkie choroby, stanowiący małą fortunę.
Pochylaliśmy się nad branką. Była piękną, jasnowłosą kobietą, odzianą w strój składający się w głównej mierze z liści. Zatrute strzałki małego ludu pozbawiły ją przytomności, jednak oddech miała miarowy. Zdecydowaliśmy się zanieść ją do najbliższej wioski. Remleus uniósł ją, jakby nic nie ważyła. Podążaliśmy leśnym szlakiem, mając już na horyzoncie ludzkie sadyby, kiedy wokół nas rozległo się głośne, jakby ptasie nawoływanie. Od razu zorientowaliśmy się, że mamy ogon, złożyliśmy nieprzytomną kobietę na ziemi. Ziemi, która niepokoiła nas na tyle, by Czaszka postanowił ją zbadać. Ptasie odgłosy się powtarzały – byliśmy gotowi do obrony. W tym samym momencie obudziła się branka. Stałam nad nią, mówiłam łagodnie we wszystkich znanych sobie językach, nie wiedząc, jakim nieszczęsna dziewczyna może się posługiwać. Ona tylko patrzyła na mnie wielkimi, jasnymi oczami. Widziałam, że coś rozumie, uparcie jednak odmawiała komunikacji. Ptasie głosy zbliżały się, czasu było coraz mniej, a nie chcieliśmy mieć kobiety, którą właśnie uratowaliśmy przeciwko sobie. Wezwałam więc moc Bogini zaglądając brance w myśli. Jej myśli były w imperialnym – rozumiała nas wszystkich doskonale! Poczuła mój dotyk w swojej głowie, wzdrygnęła się i chyba zrozumiała bezcelowość milczenia. Przedstawiłam siebie oraz swoich towarzyszy. Dziewczyna nazywała się Viarena i była jedną z miejscowych druidek. Opowiadała, że jest ich więcej, a głównym zadaniem jest zachowanie ginącej flory, są kimś na kształt botaników. Wiele z tych gatunków rzeczywiście już poza tą wyspą nie istniało, a one chciały zachować to dziedzictwo.
Nasza rozmowa nie trwała jednak długo. Czaszka poderwał się znad ziemi jak poparzony, nadal jednak dotykał jej znalezioną w jaskini laską.
- Szlag, to chyba żyje! – krzyczał
- Oczywiście, że żyje. To nasz pan, kraken – usłyszeliśmy – co zrobiliście, że się obudził?
Odwróciliśmy się jak na komendę. Przed nami stało kilkanaście kobiet – wszystkie piękne, o różnych typach urody, w różnym wieku, wszystkie jednak ubrane podobnie do Viareny.
- To teraz uciekamy, biegnijcie za mną – rzuciła przywódczyni.
Niewiele myśląc pobiegliśmy, a ziemia pobiegliśmy, a ziemia, a raczej cielsko krakena pod naszymi stopami zaczęło wyraźnie się poruszać.
- Pan zmienia bok, musimy znaleźć się po drugiej stronie, bo inaczej zostaniemy zmyci z jego ciała – tłumaczyła biegnąca obok mnie Viarena.
Brawo Czaszko, ruszanie wielkiego, starożytnego stwora magiczną laską jest zaiste dobrym pomysłem – kotłowało mi się w głowie. Cała sytuacja nie trwała długo. Obrót pana wód był powolny, tak że zdążyliśmy znaleźć się po właściwej, niezatopionej stronie. Gorzej, że łódź znalazła się na wzgórzu i – na wszelkich bogów – ze wzgórza za bardzo nigdzie nie odpłyniemy.
- Jak udało wam się obrócić pana – ponownie zapytała jedna z kobiet, kiedy wstrząsy ustały.
- Nie mamy pojęcia jak do tego doszło i czy to my. Nie wiedzieliśmy nawet, ze jesteśmy na tym… czymś – próbował się bronić mag.
- Czy właśnie pół wyspy zostało podtopione? – nie mogłam uwierzyć.
- Tak, to normalne. Pan rusza się raz na jakiś czas lub wtedy, gdy tego pragniemy.
- Dziękujemy w takim razie za pomoc w znalezieniu właściwej strony – odparłam – Nazywam się Nevaria Saviana Vrissaril, a to są moi towarzysze – dodałam przedstawiając po kolei moich dzielnych kompanów.
- Witajcie na krakenie – rzekła przywódczyni – Nazywam się Vixan, to są moje siostry. Dziękujemy również za ocalenie Viareny przed tym przeklętym, małym ludem. Obrót pana z pewnością ich osłabił, ale jest ich tak dużo i mnożą się na tyle szybko, że ciężko nam nad nimi zapanować. Jest nas po prostu za mało. W podzięce zapraszamy was do naszej wioski. Tam zostaniecie należycie ugoszczeni i poddani próbie. Jeśli przejdziecie ją pomyślnie, pomożemy wam tak odwrócić pana, żebyście mogli stąd bezpiecznie odpłynąć.
Po tych słowach ruszyła przed siebie, a my, nie widząc innej możliwości, poszliśmy za nią. W drodze dowiedzieliśmy się sporo o panujących tu zwyczajach, o życiu druidek i o ich opiece nad florą, której na świecie próżno już szukać oraz o ich przedziwnej symbiozie z tym starożytnym, strasznym stworem, który obudzony mógłby pochłonąć pół świata.
Osada druidek znajdowała się w okolicach głowy krakena. W jego nozdrzach miały swoje jaskinie, a w nich rosły egzotyczne rośliny, ocalone przed zagładą. Wyżej, na głowie stwora widać było gigantyczne harpuny, takie, jakie zostały zapomniane wraz ze starożytnymi Keronianami albo i wcześniej. Być może to one były odpowiedzialne za letarg krakena, możliwe też, że właśnie dzięki nim druidki potrafiły nim sterować. Zaprowadzono nas do wielkich, kamiennych ław, które wydrążone były w kości czaszki pana wód. Ściany wokół nas wyrzeźbione były z tego samego, drogocennego, czerwonego bursztynu, z którego amulet wzięłam od pigmeja.
- Teraz odbędzie się wasza próba – oznajmiła Vixan – polega ona na spróbowaniu największego z naszych przysmaków – mózgu pana. Dostąpicie wizji i od nich zależeć będzie to, czy jesteście godni być przez nas przyjęci.
Część z nas skrzywiła się z niesmakiem. Chcą nas odurzyć, pomyślałam. Tylko tyle i aż tyle.
- Bogini dopomóż – powiedziałam biorąc kawałek mięsa o dziwnym, płowym kolorze i maziastej konsystencji…

Comments

Witold_Fiore_Hess d00mka

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.