Legendy Magii Cienia

Obrońcy przybywają do Gallan

Wyruszyli w południe. Tylko część z nich miała konie, a reszta podróżowała pieszo. Nanoc i Danima szli przodem. Barbarzyńca śpiewał sprośne piosenki i po każdej zwrotce wybuchał dudniącym śmiechem, jakby to właśnie był jej refren. Za nimi jechały kobiety. Ich rumaki były równie pięknie przyozdobione, jak one same. Jarra trzymała się trochę z boku dosiadając muła. Ashtariae tłumaczyła coś jej zawzięcie. Kilka kroków za nimi trzymała się Valkiria. Dziwnym było obserwować jedną z dumnego ludu jeźdźców podróżującą na piechotę, gdy inny dosiadali rumaków. Vojto i Szczerbata Czaszka z trudem dotrzymywali jej kroku bezskutecznie próbując nawiązać jakąś lekką rozmowę. Kolumnę zamykał Remleus. Dosiadał ogromnego czarnego rumaka. Nie ściągnął pancerza. Tarczę przewiesił przez plecy, włócznię oparł na strzemieniu. Hełm trzymał przed sobą na łęku siodła. zarówno on, jak i jego koń byli przyzwyczajeni do tego dodatkowego ciężaru.
W nocy Hoplita nie deklarował się, że pojedzie z resztą grupy. Gdy jednak wstawali i przygotowywali się do drogi, on już czekał na dziedzińcu ze swoim rumakiem i mułem. Większość grupy cierpiała z powodu ciężkiego kaca i po prostu założyła, że Remleus zgodził się jeszcze w nocy. Danima jednak z początku była zbyt zaskoczona, aby uznać to za prawdę. Uwierzyła, dopiero gdy kazał zejść Szczerbatej Czaszce z muła i delikatnie posadził na nim Jarrę.
Część Zandoru, przez którą podróżowali, stanowiły w większości łagodne wzgórza pokryte wysoką zieloną trawą. W wielu miejscach ponad wzgórzami wznosiły się korony liściastych drzew. To nie był las, ani nawet jego zapowiedź. Drzewa rosły samotnie w zagłębieniach między wzgórzami. Wyrastały ogromne. Pnie miały grube, konary rosły obfite, a ich drewno było twarde. Ludzie od dawna używali go do budowania domów. Nigdy jednak nie ścinali samych drzew, aby konary mogły odrosnąć, a ich dzieci budować z nich domy. Owoce tych drzew były podłużne, różowawe i tak słodkie, że zjedzenie całego przyprawiało o wymioty. Nazywane je wiecznymi drzewami lub drzewami króla.
Jedno z tych drzew dało schronienie podróżnikom w popołudniowy skwar. Danimie nie podobało się, ani powolne tempo, w którym się poruszali, ani ten postój. Dzień jednak był upalny i suchy. Słońce świeciło niemiłosiernie, na niebie nie było ani śladu chmury, żaden powiew nie poruszał okolicznych traw. Dalszy marsz w tych warunkach byłby bezcelowy.
Arystokratki bawiły się świetnie urządzając sobie niewielki piknik, przy którym Jarra musiała im usługiwać. Nanoc zjadł udziec barani prawie go połykając potężnymi kęsami i teraz drzemał oparty o pień. Szczerbata Czaszka przykucnięty rozmawiał z czaszką swojego dziadka. Vojto ostrzył swoje sztylety. Remleus i Nonariel zajmowali się końmi. Drzewo miało dość rozłożystą koronę, aby cały ich mały pochód zmieścił się w jej cieniu.
Po chwili Danima podeszła do Hoplity.
- Powinniśmy ruszać – próbowała go ponaglić.
- Jest za gorąco. Nadrobimy wieczorem – jego ton nie zostawiał miejsca na dyskusję. W jego oczach zobaczyła tylko pogardę. Już miała odwrócić się i odejść, ale nagle zapytała.
- Dlaczego pojechałeś z nami? Dlaczego pomagasz nam?
- Nie jestem tu, aby pomóc wam. Jestem tu, żeby pomóc jej – ruchem głowy wskazał na Jarrę. – Kiedy wasza wioska będzie już bezpieczna i cała, to co stanie się z nią?
Oboje wiedzieli, że Krainy Morza Grozy nie są dobrym miejscem dla młodych i pięknych niewolnic. Ale szlachetni i bogaci nie mieli pojęcia, do czego zmuszała bieda i desperacja. A tak naprawdę jego słowa, potwierdzały tylko słuszność decyzji, którą podjęły kobiety z Gallan. Gdyby nie zdecydowały się sprzedać Jarry za swoje bezpieczeństwo, to nikt by im nie pomógł.
- Dziękuję bogom i duchom, że postawili cię na jej drodze – powiedziała kłaniając się.

Wyruszyli w dalszą drogę niedługo później. Słońce minęło zenit i rozpoczęło wędrówkę w dół nieboskłonu, od zachodu czuć było lekki wietrzyk, a na horyzoncie pojawiły się pierwsze śnieżnobiałe obłoki. Do wieczora pogoda była znośna dla podróżnych.
Słońce powoli zachodziło, a księżyc wstawał, gdy kobiety jadące na przedzie zatrzymały się pod kolejnym Wiecznym Drzewem. Nanoc podążył za ich przykładem.
- Ogólnie to, co wam się wydaje, że robicie? – Hoplita górował nad wszystkimi na swoim czarnym rumaku.
- No cóż, jest wieczór. Kolacja, wino i spać – Ashtariae mówiła powoli, jakby zwracała się do dziecka.
- Nie będziemy tracić dobrych godzin – odpowiedział Hoplita. – W tym terenie i przy tej pogodzie, ogólnie podróżuje się do zachodu księżyca, a nie słońca. Wsiadajcie na konie i ruszamy.
- Po pierwsze, – rozpoczęła Nevaria – moja szlachetna towarzyszka ma rację. Po drugie, kto umarł i powiedział, że możesz nam rozkazywać?
Hoplita zsiadł z konia i spojrzał z góry na obie kobiety. Byłoby to pewnie bardziej efektywne, jeśli za nimi nie stałby półnagi barbarzyńca, który był od niego o głowę wyższy i dorzucił swoje trzy miedziaki.
- Właśnie, nikt nie rozkazuje Nanocowi, oprócz Nanoca.
- To było bystre – głos Nonariel ociekał sarkazmem. – Hoplita ma racje. Ruszamy.
- Nie będziemy jechać po nocy – Ashtariae kontynuowała swoją taktykę mówienia, jakby tłumaczyła coś dziecku.
Remleus odpowiedział znowu rozkazującym tonem. Nonariel poparła go sarkazmem, a Nanoc odpowiedział groźbą popartą uniesieniem kafara. Vojto szybko znalazł się u boku Hoplity. Danima próbowała się wtrącić, ale gdy Nonariel dobyła miecza sprawy zaczęły szybko przybierać groźny obrót. W mniej niż minutę prawie każdy krzyczał i miał w ręku broń. Tylko Alchemik i Szczerbata Czaszka rozglądali się uważnie naokoło, jakby szukali drogi ucieczki.
Wyglądało na to, że nadzieja wioski Gallan zaraz zarżnie siebie nawzajem. Jeszcze chwila, a wzgórza Zandoru nie zasłałby ciała Napiętnowanych Diabłów, ale ósemki ludzi, którzy pokłócili się o czas postoju. Metal zabrzęczał o metal, gdy Remleus zbił miecz Ashtariae, który próbowała podetknąć mu go pod nos. W momencie, kiedy mieli się na siebie rzucić, nie zważając na ostrza, między nich weszła Jarra. Była blada ze strachu, a w niebieskich oczach widać było łzy.
- Dość! – krzyknęła drżącym głosem. Pięści zaciskała tak mocno, że bielały jej knykcie, a nierówne paznokcie przebiły skórę dłoni. – Zgodziliście się nam pomóc – dodała, gdy zapadła cisza, a wszystkie oczy skierowały się na nią. – I wzięliście mnie, jako zapłatę. Teraz róbcie, co do was należy – przy ostatnich słowach Jarra w końcu opanowała głos. Jej ton teraz był prawie tak władczy, jak wcześniej Nevarii lub Remleusa.
Pośród obrońców wioski Gallan zapadła niezręczna cisza. Nawet potężny rumak Remleusa położył po sobie uszy, jakby był czegoś winny. Nonariel pierwsza schowała broń, a następnie wszyscy poszli za jej przykładem. Jeszcze przez długą chwilę nikt się nie odezwał. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. W końcu w kilku prostych zdaniach ustalili, że posilą się i podejmą podróż po krótkim odpoczynku. Podróżując przy świetle księżyca, i potem znowu od świtu, powinni dotrzeć do Gallan przed południem następnego dnia.

Nowi obrońcy Gallan zbliżali się do wioski. Kilkanaście długich chat zebranych w jednym miejscu otaczał tylko lekki wał z ziemi, pozostałość po dawno zburzonej palisadzie. Droga prowadząca do wioski była kiepsko utrzymana i wyraźnie rzadko używana. Nikt nie witał nowo przybyłych. Nikt nawet nie wypatrywał ich z okien. Wyglądało jakby wioska była opuszczona.
Obrońcy Gallan wjechali w milczeniu. Dopiero, gdy dotarli do centrum wioski, to pierwsze mieszkanki zaczęły wychodzić ze swoich domów. W ciszy wszystkie zebrały się w cieniu wieży ciśnień. Było ich prawie czterdzieści. Poczynając od dziesięcioletniej dziewczynki do bezzębnej staruchy wspierającej się na dwóch laskach. Dwie grupy – mieszkanek i przybyszów – dzieliło kilka metrów. Przez chwilę mierzyli się nawzajem. Nikt nie był zadowolony.
Ciszę w końcu przerwała Danima.
- Przybyli nam pomóc. To dzielni wojownicy, którym przewodzi weteran Żelaznej Falangi, trybun Remleus. Poprowadzi nas do bitwy i zwycięstwa nad Napiętnowanymi Diabłami.
- Bitwy? – parsknęła w odpowiedzi jedna z kobiet. – Zostaniemy zmasakrowani.
- Jalira ma rację- odezwała się kolejna. – Lepiej żyć, niż ginąc na próżno.
Z tłumu dobyło się kilka dobyło się kilka potakujących głosów.
- Mówiłyśmy ci, abyś nikogo nie przyprowadzała – Jalira wystąpiła przed tłum. Była wyższa od krępej Danimy i teraz patrzyła na nią z góry. – Przynosisz nam tylko fałszywe nadzieje – jej płaską twarz przebiegł wyraz pogardy. – A ty? – zwróciła się do Jarry. – Na co się zgodziłaś, aby skusić tych wojowników? – splunęła pod nogi muła, na którym wciąż siedziała niewolnica.
Wyraźnie miała zamiar kontynuować swoje wyrzuty, ale przerwał jej władczy głos.
- Jak śmiesz śmieciu? – Nevaria zręcznie zeskoczyła z konia i zbliżyła się do chłopki. Choć złotowłosa arystokratka była o niższa od Jaliry, to wciąż wydawało się, że nad nią góruje. – Ta dzielna dziewczyna poświęca się dla was, a ty śmiesz pluć jej pod nogi? Nie jesteś godna lizać jej stóp. Żadna z was nie jest godna lizać ziemi, po której stąpała, a co dopiero być ocalonym dzięki jej poświęceniu. Wszystkie jesteście już niewolnicami Napiętnowanych Diabłów. Tylko ona zdała sobie z tego sprawę i postanowiła poświęcić swoją wolność i cierpieć za waszą. A wy śmiecie pluć na jej poświęcenie?
Nevaria przerwała czekając i obserwując reakcję tłumu. Była pewna, że jej mowa wypadła by lepiej, gdyby potrafiła sobie przypomnieć imię jej nowej niewolnicy. Jednak sądząc po zawstydzonych twarzach kobiet i tak jej się udało. Uśmiechnęła się wewnętrznie. Wciąż na zewnątrz miała wyraz pogardy, ale wiedziała, że nie tylko udało się jej przekonać kobiety do walki, ale też pokazać, jako przywódczyni grupy obrońców Gallan. Miała właśnie dokończył tego dzieła, ale przerwał jej Remleus. Powiedział prawie dokładnie, to samo, co ona planowała, ale wciąż siedział na koniu niczym prawdziwy wojskowy trybun.
- Jarra, pokaż nam nasze kwatery. Przynieście nam jadło, picie i zajmijcie się naszymi końmi – przy każdym rozkazie wskazywał inną kobietę. – Mamy mało czasu i wiele do zrobienia.
To zakończyło wszelkie dyskusje.

View
Baleron

Związałem ją tak, że żaden mistrz kinbaku by się nie przyczepił. No mucha nie siada. Tak związana zresztą sama też nie usiądzie, hehe. Nie nawieje nam, chyba że rzeczywiście jest zrobiona z tego śluzu i ma w planach się w niego zamienić. Każdy chce stąd wyjść, ale jakoś nikomu nie chce się jej nosić. Na szczęście, nie tylko z imion podobne są do tych panienek z Faberterry, ale ich figurze też nic nie brakuje, więc dźwigania za wiele nie ma, hehe. Ach, Faberterra, musimy to kiedyś z Vojto powtórzyć… Następnym razem to on ma stawiać, ale coś mu tak z oczu patrzy, że się tego nie doczekam. Ogólnie, to znam ten typ z wojska, patrzy w te monety jak ta pizdooka sroka od pani Nevarii.

Idziemy tak sobie spokojnie do naszej łajby, nie wadząc nikomu, no może trochę tym kilku setkom druidek, które się właśnie zbierają do wojny z nami w nosie kałamarnicy. Aż tu drą się, że ktoś nas śledzi. Ja to tam ogólnie nikogo nie widziałem, ale jak Bao Min się puścił pędem w krzaki to jego też nie widziałem. Nie wiem gdzie on sie tak biegać nauczył, ale jakbym miał takich chętnych do szarżowania w oddziałe to bym teraz po tych zadupiach się nie musiał włóczyć. Ogólnie, chujnia. “Nie rozdzielać się krzyczę” bo widzę, że już Nonariel i Vojto biegną za Bao Minem. Kurwa, przecież sam z nastolatką i panią Nevarią w środku lasu z baleronem na rękach zostałem. Ogólnie, to mi się to nie podoba, śmierdzi ściemą. Słyszę jak Ci się tam drą, że małe ludki ze strzałkami ze świnskich piszczeli atakują i że to zasadzka, rzucam baleronem na ziemię i już mam tam za nimi w las biec kiedy Jarra sie drze, że własne problemy mamy, a

sama skubana znika. Nie wiem nawet kiedy ona się tego nauczyła, ale jak na moje to albo jej stary, albo stara takimi skromnymi wieśniakami nie byli.

Wyciągam miecz i patrze czy te krasnale gdzieś ze mchu nie wystają, ale jak ich nie widziałem tak ich nie widzę. Jarra mówi mi, że jakichś 5 niewidzialnych typów nas podchodzi. No przecież zaraz skisnę,łazimy po wielkiej, śpiącej kałamarnicy, na której plecach wojnę toczy kilka setek dziwek z kilkoma setkami łysych krasnali, połowa wyżera jakiś szajs z nosa mięczaka, a druga połowa chce jego zaschniętej krwi. A teraz jeszcze się okazuje, że są tu niewidzialni marynarze z niewidzialnym czarodziejem, a tak w ogóle to chyba kurwa tylko ja nie umiem znikać na zawołanie. Gdy tak rozmyślam widzę, że baleron nagle zaczyna lewitować, oj co to to nie. Nie będą mnie tu niewidzialne ludziki podbierać związanych panienek. Machnąłem na odlew tuż pod baleronem i słyszę, że coś mlasnęło, ale baleron nie upadł. Już biore drugi zamach, żeby poprawić chamowi, gdy czuje jak coś mnie krępuje i unieruchamia. No co do chuja, niewidzialne ludki, niewidzialne przedmioty. Pani Nevaria macha rękoma do jakiegoś czary mary, ale ewidentnie sobie nie radzi, Jarra modli się się do swojego boga, a baleron zaczyna spieprzać w las, no luuuudzie, mam nadzieję, że chociaż reszta przetrzebiła krasnale, bo nam się tu ewidentnie nie potoczyło po myśli.

Wyplątać się z sieci nie jest łatwo, z niewidzialnej to już w ogóle sam bym sobie nie poradził. Dobrze, że mi dziewczyny pomogły. Podobno reszta złapała jednego z tych niewidzialnych marynarzy. Kutasa bym najchetniej od razu do piachu załadował. Ale pani Nevaria wspomina, że ona ogólnie preferuje bardziej humanitarne rozwiązania. Jak tak ostatnio powiedziała o pigmeju to rzeczywiście po chwili pouczającej rozmowy sam na sam wypuściła go wolno, musiał ale dostać kopa w tyłek, bo tak dziwnie biegł. Tak czy inaczej, facet nam tu opowiada, jak to nawiał od tego złego czarnoksiężnika i eskadry, bo nie chce, żeby Krakenowi dzida z głowy wypadła, taki jest obrońca zwierząt, a tamci to niby zabić go chcą. Śmierdzi facet kłamstwem tak, że znowu mam ochotę go na miejscu do piachu posłać, ale wygląda na to, że idzie z nami. Kłócą się o to gdzie go bierzemy, czy do statku czy do dziwek, czy do czarnoksiężnika. Ja to bym chyba z tego wszystkiego panienki wolał, hehehe. Bao Min gościa też nieźle przewiązał. Muszę przyznać, że trochę jestem pod wrażeniem, a troche się martwię co oni tam w tym klasztorze robią, tyle chłopów zamkniętych w jednym domku. Ale ogólnie to chyba jestem pod wrażeniem. Decyzja zapadła, trochę nie wiem gdzie idziemy, ale trudno, tym razem pójdę z tyłu. No i oczywiście co jak co, ale tego balerona to nie niese!

View
W nosie Krakena

Nie wiem dlaczego zgodziłem się zjeść tą papkę, ale smakowało gorzej niż to gówno co nam na ostatniej kampani w Borderlands gotował ten gruby zółtek. Ogólnie od tego to się ludziom nawet jebać odechciewało. Coś mi się wydaje, że musiałem coś gadać jak mnie po tym świństwie wzięlo, bo pani Nevaria kłóci się co z nami dalej mają zrobić z tą Vivien czy Vixen czy jak jej tam, nie ważne zresztą, wszystkie nazywają się tu jak dziwki w Faberterze.

Coś tak czuję, że nie dojdzie tam do porozumienia. Widziałem już trochę niezadowolenia u pani Nevarii i coś mi się wydaje, że zaraz spraw ryp….

No i jebło! Nigdy nie wiem, który z naszych czyni te hałabugi, jakby machanie mieczem było już nietaktem, ale nie będę się tu zastanawiał kiedy wejście do pieczary zamknięte, a w środku 8 uzbrojonych amazonek skacze na naszych. Do mnie oczywiście od razu 2, dobrze że chociaz te brzydsze to nie będzie tak szkoda jak im się coś stanie. Pierwsza się zamachnęła, ale byłem szybszy, oj trysnęło z niej tak, że jutro będą chyba uroczystości pogrzebowe. Druga trafiła, szczęśliwie ześlizgnęło się po pancerzu, bo mogło boleć. Ale rysowania mi zbroi nie cierpie, jak ją ciąłem w starciu w miecz to razem z ręką odpadł. Tymczasem moi towarzysze też się nieźle bawią. Bao Min też już drugą obezwładnia, Vojto przytula jakąś czarnulkę. No zdecydowanie przypomina mi to nasze wyprawy na dziwki w Faberterze… Nawet pani Nevaria turla się z burdelmamą, nic tylo błotem obrzucać. Tylko ten dziwak od czaszki zamiast się bić to klepie laską po stole. Może zgłupiał do reszty od tego świństwa ze ścian…

Rozdzielam te panienki za fraki, albo raczej za staniki, bo wiele więcej nie noszą, hehe. A one znowu swoje. Pani Nevaria ewidentnie chce nas stąd wydostać bez rozlewu krwi, no i ogólnie się z nią zgadzam tylko po co tyle gadania. Panienki i tak nam nie dadzą przecież rady. Nanoc by się tu jeszcze przydał, ale i bez niego wyjdziemy stąd z paluchem w nosie. Słucham i nie wierzę, one chyba same wpieprzają tą galaretę ze ścian, a ta to na pewno już nadużywa. Pierdoli jak to jest częścią wielkiej kałamarnicy, jej uosobieniem i że żyje już tysiące lat i ogólnie to zrobiona jest z tego gówna. Mhmm, jesteś tym co jesz…

Dobra, bo nie wytrzymam “Koniec tego pierdolenia, bierzemy ją w balerona i wychodzimy” mówię i obezwładniam ją ciosem w tą chorą główkę.

View
Tam, gdzie wieją wichry
Wizja Nevarii

Smak… w smaku było… niecodzienne. Nieco śliskie, mięsiste, bardziej zbite, niż mogłam oczekiwać. Pachniało wodą, glonami i solą. Dziwne uczucie wypełniło nie tylko mój brzuch, ale szybko rozchodziło się w górę, wędrując do głowy. Nagle wszystko zawirowało… bardziej nawet zabulgotało i zakotłowało się. Wir i piana wodna otaczały mnie ze wszystkich stron, moje ciało stało się nienaturalnie wielkie, jakby przerośnięte, ale silne tak, że czułam, iż niewiele rzeczy na tej ziemi może mnie ograniczyć. Tak, uczucie potęgi… To chyba najpełniejsze możliwe określenie w tym ubogim języku, aby nazwać ekstazę płynącą z mocy. Byłam niemal niezniszczalna, byłam największa, byłam… panem wód… krakenem. Kiedy doszło do mnie, że widzę jego oczami odzyskałam mały płomyk własnej świadomości. Co dziwne – nie czułam strachu, nadal czułam się potężna razem z nim, jakbym była jego częścią, myślałam i byłam jak on.
Miał jeden cel – kierował się w stronę wybrzeża, by siać zagładę, niszczyć tych, którzy mu się sprzeciwili, którzy mu zagrozili. Przecież nic nie oprze się jego mocy.
Wiał bardzo porywisty wiatr, niebo zasnuwały ciężkie chmury, głębie wód falowały i pulsowały, jakby sam ocean razem z panem wód chciał objawić swoją destrukcyjną siłę. Zbliżaliśmy się bardzo szybko, gnani podmuchami wiatru i siłą własnych mięśni. Jednak małe, złote plamki na horyzoncie wcale nie uciekały. Doskonale wykonane zbroje połyskiwały przy gwałtownych uderzaniach gromu. Stały ich tam setki, na platformach na wodzie, ciągnących się w pewnym oddaleniu od brzegu. Czułam ogarniającą pana wód furię, jego gniew był niemal namacalny. Wyprężył ciało i wziął potężny zamach jednym ze swoich śmiercionośnych ramion, w chwili krótszej niż oddech niszcząc jedną z wielkich platform. Co dziwne – złote plamki nie krzyczały ani nie uciekały przed jego majestatem. Podniósł kolejne i kolejne ze swoich odnóży, gwałtownie je obracając i ściągając w morską otchłań następne cztery platformy. Tymi, którzy spadli nasyci się później – teraz najważniejsze było zniszczenie. Następne odnóża powędrowały w górę i zamachnęły się do ciosu. Plankton tonął w swoich złotych zbrojach. Czuł zadowolenie. I wtedy to się stało. Poczułam, tak jak on, dojmujący ból w okolicach czaszki. Ból, czymże był dla niego ból, on go nie znał, nigdy nie czuł, nie wiedział co się dzieje. Przez moment zachwiał się zdezorientowany, jedna z macek opadła bez woli w morską toń, wzbijając wokół wielką falę. Próbował obrócić swoje gargantuiczne cielsko w stronę, z której uderzył harpun. Za nim, za nami było więcej platform, każda z nich uzbrojona w wielki pocisk, z których jeden już tkwił w czaszce istoty. Tak wiele z nich wystrzeliło… Dowiedział się, co to ból. Poznał go z całą, dojmującą głębią…
Spał. Wiedział, że śpi. Czas nie miał znaczenia. Nie było gniewu, bólu, nie było potęgi, nic już nie było, nic się nie liczyło. Piękna, czarnowłosa kobieta stąpała po jego ciele niezwykle delikatnie. Niedaleko jego głowy posadziła niewielki, pachnący kwiat, o niebieskiej łodydze i rubinowych płatkach.

View
Pan Wód

Wylądowaliśmy. Nasz statek, jak łupinka, obił się o brzeg. A ktoś wcześniej sugerował, że statki to nie do końca wiarygodne środki transportu – czemu go nie posłuchaliśmy?! Tak czy inaczej znaleźliśmy się na wyspie. Przy zderzeniu z tą wielką… macką, należącą z pewnością do jakiejś równie wielkiej istoty, mogło się skończyć o wiele gorzej. Tymczasem statek wymagał napraw i zwodowania, a my byliśmy w jednym kawałku, postanowiliśmy więc nie tracić czasu i udać się na zwiady.
Wyspa nie przypominała jakąkolwiek innej, którą kiedykolwiek widziałam. Z jednej strony porastała ją gęsta, jakby pradawna dżungla – tak, że musieliśmy wycinać sobie przez nią drogę, z drugiej – bogactwo roślin, jakie tam zobaczyliśmy było nie do opisania. Paprocie rzucały koralowe i żółte pnącza, wielkie na kilka stóp kwiaty rozkwitały, rozsiewając hipnotyzujący zapach, drzewa z nieznanych gatunków pochylały barwne w złoto i lazur liście, a pod stopami sprężynowało poszycie w kolorze palonej sieny, mosiądzu i turkusu. Feeria barw i zapachów sprawiała, że było w tym wszystkim coś niesamowitego, oszałamiającego, a jednak wszyscy byliśmy dziwnie zaniepokojeni i zachowywaliśmy wzmożoną ostrożność, jakby sama ziemia była nienaturalna, a czyjeś oczy ślizgały się po plecach. Chciałam wierzyć, że to ten dziwny las tak na nas działa…
Wspięliśmy się po sporą górę i zdołaliśmy wyciąć sobie drogę do prześwitu. Zobaczyliśmy, jak zbocze ostro opada w dół, ku dolinie i usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk. Krzyczała kobieta, zarys jej sylwetki widoczny był w dole. Moi towarzysze oczywiście natychmiast pobiegli ją ratować – jednak spędzanie czasu ze mną coś dało – warunkowanie robi swoje. Zostałam nieco z tyłu, schodząc niespiesznie w dół zbocza i wtedy zaatakowali. Jak na nasze standardy to byli malutcy, brązowi i nieco pomarszczeni ludzikowie, w ich oczach czaił się obłęd, brakowało tam natomiast większej inteligencji. Zdążyłam się obrócić, kiedy jeden z nich plunął zatrutą strzałką w moją stronę, drugi natomiast próbował pochwycić mnie czymś, co wyglądało jak sieć. Tym razem to mój okrzyk usłyszeli towarzysze. Vojto Kristofos i Nonariel zawrócilli w moją stronę, Czaszka z Jarą i Remleusem biegli nadal w stronę branki.
Na szczęście pigmej, który chciał obezwładnić mnie siecią był na tyle niezdarny, że niemal obezwładnił sam siebie, a zatruta strzałka chybiła celu. Moc Bogini pozwoliła mi na krótką chwilę odepchnąć przeciwników, a w tym czasie moi przyjaciele dokonali swego krwawego dzieła. Małe ciałka pigmejów leżały zlane ich własną, brunatną posoką. Z amuletu człowieczka wyciągnęłam natomiast coś, co jest niezwykle rzadkie i cenne – czerwony bursztyn, lek na wszelkie choroby, stanowiący małą fortunę.
Pochylaliśmy się nad branką. Była piękną, jasnowłosą kobietą, odzianą w strój składający się w głównej mierze z liści. Zatrute strzałki małego ludu pozbawiły ją przytomności, jednak oddech miała miarowy. Zdecydowaliśmy się zanieść ją do najbliższej wioski. Remleus uniósł ją, jakby nic nie ważyła. Podążaliśmy leśnym szlakiem, mając już na horyzoncie ludzkie sadyby, kiedy wokół nas rozległo się głośne, jakby ptasie nawoływanie. Od razu zorientowaliśmy się, że mamy ogon, złożyliśmy nieprzytomną kobietę na ziemi. Ziemi, która niepokoiła nas na tyle, by Czaszka postanowił ją zbadać. Ptasie odgłosy się powtarzały – byliśmy gotowi do obrony. W tym samym momencie obudziła się branka. Stałam nad nią, mówiłam łagodnie we wszystkich znanych sobie językach, nie wiedząc, jakim nieszczęsna dziewczyna może się posługiwać. Ona tylko patrzyła na mnie wielkimi, jasnymi oczami. Widziałam, że coś rozumie, uparcie jednak odmawiała komunikacji. Ptasie głosy zbliżały się, czasu było coraz mniej, a nie chcieliśmy mieć kobiety, którą właśnie uratowaliśmy przeciwko sobie. Wezwałam więc moc Bogini zaglądając brance w myśli. Jej myśli były w imperialnym – rozumiała nas wszystkich doskonale! Poczuła mój dotyk w swojej głowie, wzdrygnęła się i chyba zrozumiała bezcelowość milczenia. Przedstawiłam siebie oraz swoich towarzyszy. Dziewczyna nazywała się Viarena i była jedną z miejscowych druidek. Opowiadała, że jest ich więcej, a głównym zadaniem jest zachowanie ginącej flory, są kimś na kształt botaników. Wiele z tych gatunków rzeczywiście już poza tą wyspą nie istniało, a one chciały zachować to dziedzictwo.
Nasza rozmowa nie trwała jednak długo. Czaszka poderwał się znad ziemi jak poparzony, nadal jednak dotykał jej znalezioną w jaskini laską.
- Szlag, to chyba żyje! – krzyczał
- Oczywiście, że żyje. To nasz pan, kraken – usłyszeliśmy – co zrobiliście, że się obudził?
Odwróciliśmy się jak na komendę. Przed nami stało kilkanaście kobiet – wszystkie piękne, o różnych typach urody, w różnym wieku, wszystkie jednak ubrane podobnie do Viareny.
- To teraz uciekamy, biegnijcie za mną – rzuciła przywódczyni.
Niewiele myśląc pobiegliśmy, a ziemia pobiegliśmy, a ziemia, a raczej cielsko krakena pod naszymi stopami zaczęło wyraźnie się poruszać.
- Pan zmienia bok, musimy znaleźć się po drugiej stronie, bo inaczej zostaniemy zmyci z jego ciała – tłumaczyła biegnąca obok mnie Viarena.
Brawo Czaszko, ruszanie wielkiego, starożytnego stwora magiczną laską jest zaiste dobrym pomysłem – kotłowało mi się w głowie. Cała sytuacja nie trwała długo. Obrót pana wód był powolny, tak że zdążyliśmy znaleźć się po właściwej, niezatopionej stronie. Gorzej, że łódź znalazła się na wzgórzu i – na wszelkich bogów – ze wzgórza za bardzo nigdzie nie odpłyniemy.
- Jak udało wam się obrócić pana – ponownie zapytała jedna z kobiet, kiedy wstrząsy ustały.
- Nie mamy pojęcia jak do tego doszło i czy to my. Nie wiedzieliśmy nawet, ze jesteśmy na tym… czymś – próbował się bronić mag.
- Czy właśnie pół wyspy zostało podtopione? – nie mogłam uwierzyć.
- Tak, to normalne. Pan rusza się raz na jakiś czas lub wtedy, gdy tego pragniemy.
- Dziękujemy w takim razie za pomoc w znalezieniu właściwej strony – odparłam – Nazywam się Nevaria Saviana Vrissaril, a to są moi towarzysze – dodałam przedstawiając po kolei moich dzielnych kompanów.
- Witajcie na krakenie – rzekła przywódczyni – Nazywam się Vixan, to są moje siostry. Dziękujemy również za ocalenie Viareny przed tym przeklętym, małym ludem. Obrót pana z pewnością ich osłabił, ale jest ich tak dużo i mnożą się na tyle szybko, że ciężko nam nad nimi zapanować. Jest nas po prostu za mało. W podzięce zapraszamy was do naszej wioski. Tam zostaniecie należycie ugoszczeni i poddani próbie. Jeśli przejdziecie ją pomyślnie, pomożemy wam tak odwrócić pana, żebyście mogli stąd bezpiecznie odpłynąć.
Po tych słowach ruszyła przed siebie, a my, nie widząc innej możliwości, poszliśmy za nią. W drodze dowiedzieliśmy się sporo o panujących tu zwyczajach, o życiu druidek i o ich opiece nad florą, której na świecie próżno już szukać oraz o ich przedziwnej symbiozie z tym starożytnym, strasznym stworem, który obudzony mógłby pochłonąć pół świata.
Osada druidek znajdowała się w okolicach głowy krakena. W jego nozdrzach miały swoje jaskinie, a w nich rosły egzotyczne rośliny, ocalone przed zagładą. Wyżej, na głowie stwora widać było gigantyczne harpuny, takie, jakie zostały zapomniane wraz ze starożytnymi Keronianami albo i wcześniej. Być może to one były odpowiedzialne za letarg krakena, możliwe też, że właśnie dzięki nim druidki potrafiły nim sterować. Zaprowadzono nas do wielkich, kamiennych ław, które wydrążone były w kości czaszki pana wód. Ściany wokół nas wyrzeźbione były z tego samego, drogocennego, czerwonego bursztynu, z którego amulet wzięłam od pigmeja.
- Teraz odbędzie się wasza próba – oznajmiła Vixan – polega ona na spróbowaniu największego z naszych przysmaków – mózgu pana. Dostąpicie wizji i od nich zależeć będzie to, czy jesteście godni być przez nas przyjęci.
Część z nas skrzywiła się z niesmakiem. Chcą nas odurzyć, pomyślałam. Tylko tyle i aż tyle.
- Bogini dopomóż – powiedziałam biorąc kawałek mięsa o dziwnym, płowym kolorze i maziastej konsystencji…

View
Utnę ci język - sekret

Tą jedyną rzeczą, której zażądał ode mnie Starkadh, ma być głowa króla Kastora, czyli najmłodszego syna króla Eku, jedynego sensownego człowieka w całym tym zamieszaniu. Pozbawiona wyboru w obliczu Boga musiałam się zgodzić… Nie wyczuwałam w tych podziemiach mocy Bogini. Czyżby Starkadh ją blokował? Być może jego aura w tym miejscu jest po prostu zbyt silna?

View
Utnę ci język
czyli jak nie rozmawiać z królem

Głupią myślą było, że można nas od tak do czegoś zmusić. Nawet nie zauważyłam, kiedy obok mnie przeleciał stół, a na ziemi, pojękując, leżało trzech żołdaków. Chyba umierali. Zresztą – czy to ważne? Pozostali stali, mocno skonsternowani i chyba chcieli o coś prosić. Nanoc otrzepał niewidzialny pyłek ze skóry i spojrzał na nich wyzywająco: “Chyba już nie chcecie się bić?”
Nie chcieli. Mieli nas przyprowadzić do księcia Ronco, średniego syna króla Eku i, jak nam się wydawało, najbardziej niebezpiecznego.
Po burzliwej (jak zawsze) naradzie zdecydowaliśmy, że pójście tam całą grupą jest niebezpieczne. Ja i Nanoc mieliśmy się spotkać z Ronko i przekazać reszcie drużyny jego prośby, czy raczej żądania.
Dotarliśmy do zamku w eskorcie jednego z ludzi króla. Niekompetentny to najłagodniejsze słowo, jakie przychodziło mi na myśl. U nas, w Tricarnii, takiego sługę chłosta się i daje na pożarcie psom, bo nie zasługuje nawet na to, by ofiarować go Bogini.
Powinnam jednak przemyśleć czy i w jaki sposób zakomunikować to królowi. Okazuje się, że tutejszym władcom nie można zwrócić uwagi na nieużyteczność i bezmyślność poddanych. Potem już eskalowało szybko. Nawet nie wiem, kiedy padły ostrzejsze słowa… Ale padły, i to całkiem sporo. Zanim się zorientowałam już prowadzono mnie do celi. Biedny Nanoc nic nie mógł zrobić – nawet z jego nieziemską siłą i moim zapasem mocy Hordan, nie bylibyśmy w stanie wydostać się z pałacu. Cóż, za głupotę się płaci. Zdążyłam jedynie posłać Nevermore’a, by powiadomił pozostałych. Czarne skrzydła, czarne wieści… W głowie kołatało mi się tylko jedno zdanie wypowiedziane przez Ronca: “Gdzie jest valkiria, gdzie Nonariel?”

Straciłam chyba na chwilę przytomność. Obudziłam się w cuchnącym, ciemnym miejscu. Strop, podłoga i ściany wykonane były z kamienia, po ziemi walała się nieświeża już słoma, wielkie, stalowe drzwi zamknięte były od zewnątrz chyba na skobel. Albo i sztabę. W każdym razie nie wyjdę… W takich sytuacjach jedyną sensowną czynnością, która może pomóc jest modlitwa. Bogini, jeśli nadal darzy mnie łaskami, usłyszy, wysłucha. Skoncentrowałam całą wolę, żeby ją wezwać i poczułam… coś dziwnego, nienaturalnego, coś, czego nie powinno tu być. Mówiono nam o tym w trakcie edukacji w Pałacu Książąt, mówiono o jego charakterze i mrocznej mocy, o nienawiści, o zdradzie… To musiał być on, Starkadh, Duszodzierżca, który spał i ponad tysiąc lat śnił swój sen, zesłany przez Hordan. Aura Boga była tak potężna, że wypchnęła mi powietrze z płuc. Zatchnęłam się, podniosłam oczy. Stał przede mną w całej swej okazałości i grozie, połyskując jarzącymi się w mroku ślepiami. Pokornie skłoniłam głowę, przywitałam go. Zdziwiony, że go rozpoznałam pozwolił mi mówić. Znam mniej więcej historię uśpienia Starkadha, wiem, że Hordan go uśpiła, a o jego losie ma zdecydować ktoś z linii Salkarii. W komitywie z Bogiem król Eku może być niezwykle groźnym przeciwnikiem.
Co dziwne, Starkadh wysłuchał mnie. Został obudzony przez Massimo Botero. Zgodził się mnie uwolnić, uznał, że mogę być potrzebna… W zamian zechciał, żebym ofiarowała mu jedną, tylko jedną rzecz.

View
Dama w opałach (znowu!)

- Nikt nie będzie kradł nam niewolnicy! – próbowałam krzyczeć, ale pnącza skutecznie zmieniały mój krzyk w kwilenie podduszanego dziecka.
Ci, którzy mogli zerwać się do biegu, bo albo zdołali się uwolnić, albo nie tkwili w gąszczu roślin błyskawicznie zerwali się ze swoich miejsc i zapuścili w ślad za znikającą w lesie Jarrą. Mój kruk, Nevermore poszybował za nimi. Zostałam na polanie Czaszką, Nanokiem i Remleusem. Ten ostatni skutecznie powstrzymywał pozostałych przed rzuceniem się sobie do gardeł, gdy usłyszeliśmy zbliżający się tętent kopyt.
- Będzie ze czterdziestu chłopa – zawyrokował Remleus. Patrzyłam na niego przerażona, zastanawiając się, w którą stronę uciekać.
- Stańmy i walczmy. I tak nie mamy gdzie uciec – odparł bojowo nastawiony Nord.
Szczerbata Czaszka tymczasem, jakby zupełnie nieobecny, szukał w trawie resztek dziadka, które od wewnętrznej strony mieniły się dziwnie, odsłaniając połyskujące na nich znaki.
Wskoczyłam na konia chcąc dogonić i zawrócić na polanę resztę drużyny, a Remleus z Nanokiem zabrali się za rozciąganie liny-pułapki.
Szaleńczym galopem wjeżdżałam w las, kątem oka dostrzegając tylko pierwszy moment starcia na polanie i odłączającą się grupkę konnych podążających w ślad za mną. Ścigając mnie napotkali jednak Czaszkę wciąż brodzącego w trawie za kośćmi dziadka. Mag, nie chcąc zostać stratowany, rzucił potężne zaklęcie. Pięciu z ścigających mnie już nigdy nie zobaczy zachodu słońca. To dodało mi trochę otuchy, ale pościg wciąż był za mną.
W tym samym czasie mój kruk oraz towarzysze skutecznie dali sobie radę z wielką, czteroręką małpą i odzyskali Jarrę. Ashtariae, zaalarmowana odgłosami walki, przerzuciła nieprzytomną dziewczynę przez siodło i ruszyła pędem w naszą stronę. Znalazłyśmy się, galopujące na złamanie karku w leśnej gęstwinie.
- Jest ich z czterdziestu, to Błękitnokrwiści – wysapałam – Potrzebujemy wsparcia. Kilku chyba nadal za mną biegnie.
- Trzeba ściągnąć pozostałych. Jeśli wygramy tę bitwę zostaną już tylko Czarne i Błękitne Dłonie – siliła się na sarkazm Ashtariae. – Nasi tam nie mają koni. Trochę to potrwa.
Świst strzały przeszywającej powietrze przerwał rozmowę. Koń kurtyzany zachwiał się, ta szybko zeskoczyła i ściągnęła z jego grzbietu wciąż nieprzytomną Jarrę, pozwalając osunąć się zwierzęciu na ziemię. Zaklęła pod nosem. Druga strzałka wbiła się w ściółkę pod kopytami mojego konia.
- Muszę udzielić mu pomocy, może przeżyje – mamrotała Ashtariae.
- Głupia, uciekaj – krzyknęłam. – Spróbuję ich odciągnąć! – zawróciłam konia i pognałam w głąb lasu, mając za sobą przynajmniej dwie wrogie gildie.

View
W objęciach Hordan

Wszelkie wypadki, które były ostatnio moim udziałem z pewnością są dziełem Bogini. Razem z Astarie, Nonariel, Remleusem, Nanokiem, Vojto Kristophosem, alchemikiem i Szczerbatą Czaszką wyszliśmy cali i zdrowi z kopalni złota nieopodal wioski Galen, a później z udało nam się zabić tę sukę harpię, ukrywającą się w ciele szlachcianki.

Jestem pewna, że to Bogini prowadziła mój sztylet, kiedy podrzynałam jej gardło. Pragnęła krwi i mojego oddania, modlitwa sama cisnęła mi się na usta, szeptałam, że jej krew pieczętuje nasze przymierze, a potem stało się coś niespodziewanego – jej dar wstąpił we mnie. Niemal namacalnie poczułam, jak wypełnia mnie jej moc, żądając kolejnej i kolejnej ofiary. Myślę, że w ten sposób chciała powiedzieć mi, że sprawdziłam się, ofiara była dobra, a moja misja i pobyt tutaj są ważne. Być może nawet ważna jest ta zbieranina, z którą podróżuję? Lecz kto tak na prawdę zna myśli Bogini i wie, jakie sieci snuje…? Remleus, kochany, dzielny, głupiutki Remleus, patrzył na mnie podejrzliwie, wyczuł chyba, że coś się zmieniło. Tyle, że sama na razie nie wiedziałam co.
Po walce, podczas gdy kapitan Tellario próbował zatuszować prawdziwe oblicze harpii i z zapałem pakował jej odciętą głowę do beczki, wzięłam na ręce małego Mruczka, kota karczmarza. Ładne, puszyste i ufne stworzenie bez oporów dało się zanieść do mojej izby. Postawiłam go, starannie zamknęłam i zabarykadowałam drzwi, zamknęłam okiennice i zapaliłam pojedynczą świecę. Przygotowałam cebrzyk i sztylet. I znowu TO się stało: inkantacja sama cisnęła mi się na usta, krew Mruczka zalała mi ręce, ciepła i lepka, a moc Bogini wypełniała mnie jak naczynie. Tym razem wiedziałam, czego pragnę. Wymówiłam nazwę zaklęcia, a ono ze mną zostało. Dar Hordan był ze mną, mroczna Pani oplatała mnie swoimi cierniowymi ramionami. Dokonało się.

Wyruszyliśmy z karczmy. Przez chwilę nawet wydawało nam się, że wszystko jest w porządku, ale była to bardzo krótka chwila. Ktoś nas śledził. I było ich wielu. Vojto Kristophosowi udało się zidentyfikować nasz ogon. Były to jalizarskie bandy gildii złodziei: Czarne Dłonie, specjalizujące się w rabunkach i porwaniach – bardzo liczna, ale słabo uzbrojona hołota; Błękitnokrwiści, upadli szlachcice, przekonane o własnej wartości bufony w liczbie około 30, z błyszczącym orężem i pięknymi rumakami oraz chyba najgorsi – skrytobójcy z Karmazynowej Dłoni – niezwykle skuteczna acz nieliczna grupa asasynów, których często człowiek nawet nie zdąży zobaczyć przed śmiercią. Nanoc słusznie zauważył, że należało pozabijać wszystkich buntowników, których prowadziliśmy z kopalni do Gallen, a nie tylko ostrzegawczo uciąć głowę jednemu, jak zrobiła to Ashtariae. A teraz ci, co uszli z życiem, rozjuszeni dodatkowo przez śmierć kompana i pazerni na wiezione przez nas złoto, taki właśnie wyobrazili sobie odwet. Cóż, jedyne co przychodziło mi na myśl to „w nogi”.

Jechaliśmy bardzo szybko i w niedługim czasie linia gór zamajaczyła nam na horyzoncie. Do naszego niewielkiego orszaku dołączył jeszcze jeden towarzysz, którego poznaliśmy w Gallen, mieszkaniec Hebanowej Sawanny, Makumba Mokombo, który twierdził, że ma w stosunku do nas dług życia i okazaną pomocą chce go spłacić. Mieliśmy tylko jedną noc na przedyskutowanie planów wybrnięcia z impasu, więc każda pomoc wydawała się być na miejscu. Ścigające nas grupy przekonane były, że posiadamy ponad dwa razy więcej złota, niż mieliśmy go w rzeczywistości, a taka ilość kruszcu mogłaby poważnie zachwiać delikatną równowagę w Jalizarze. Okazało się również, że rzeczywiście mamy się czego bać – przede wszystkim ze strony Karmazynowych Dłoni – jak opowiadał Vojto, który okazał się specjalistą w złodziejskim fachu i dezerterem z dwóch rzeczonych grup. Jarra usługiwała, co rusz dolewając wina lub wody z zapasów, podczas gdy w naszym małym obozowisku wrzało. Każdy inaczej wyobrażał sobie ucieczkę przed jalizarskimi bandami, a nikt oczywiście nie był strategiem ani taktykiem: to wciągnąć ich w pułapkę, to wybić, to zrobić małą wojenkę, to podstępem nasłać na siebie… Spór był długi, ale udało się osiągnąć w miarę sensowne porozumienie: my mieliśmy udać się w stronę gór, gdzie spróbujemy zakopać złoto i napuścić na siebie niedoszłych właścicieli naszego dobytku wmawiając im, że złoto już nam zabrano, Makumba natomiast miał wziąć nasze luzaki i pogalopować w stronę zachodzącego słońca, a za nim część naszego pościgu. Wiedzieliśmy, że są to śliskie założenia, ale chyba nawet trzy dni obrad nie spowodowałyby wymyślenia lepszego planu. Remleus, nieszczęśliwy, że musiał się rozstać ze swoją trzódką, z której stworzył już niemal stadninę, galopował na przedzie wyznaczając szlak. Reszta z nas podążała za nim, a pochód zamykał Nanoc osłaniając tyły.
Już u stóp góry usłyszeliśmy wściekły kwik, rżenie, rzężenie i plask – to głowa wierzchowca Remleusa potoczyła się po ścieżce. On sam błyskawicznie zeskoczył z osuwającego się na ziemię korpusu z żądzą mordu w oczach. Pierwsza zareagowała Nonariel, próbując przepatrywać gęstwinę, jednakże cień tylko mignął i już go nie było.
- Ich plan się nie powiódł i nie powiedzie! – odgrażał się hoplita. Próbowaliśmy pocieszać go jakoś. Szczerbata Czaszka zsiadł ze swojego konia, podprowadził go Remleusowi, a sam usadowił się na grzbiecie wołu, przyjmując iście arystokratyczną minę. Postanowiliśmy nie kontynuować pościgu, tylko czym prędzej zając się ukryciem złota. Gdy wybraliśmy odpowiednie miejsce, męska część drużyny zajęła się kopaniem dołu. Ja z Ashtariae nadzowałyśmy, jak Jarra poi konie i poprawia juki. Za sobą usłyszałam syk Szczerbatej Czaszki:
- Przeproś…
- Nie zrobię tego – odparł spokojnie Nanoc
- Przeproś – znowu syk maga
- Nie! – krzyk Norda
Próbowałam wskoczyć między nich, powstrzymać tych napakowanych testosteronem imbecyli przed pozabijaniem się. Na nieszczęście byli już tak na siebie wściekli, ze ignorowali wszystko wokół. Mag stał z wyciągniętą czaszką dziadka, na której było małe nieszczerbienie, Nanoc, kipiąc złością napiął wszystkie mięśnie i sprawiał wrażenie, jakby sama góra miała zaatakować.
- Powiedz: przepraszam dziadku – teraz już wiedziałam, że to nie może skończyć się dobrze. Nasz szalony mag inkantował, próbował zmusić Nanoca do przeprosin.
- Przepraszam dziadku – wychrypiał nieobecnym głosem Nord, po czym otrząsnął się, jakby zaskoczony tym co właśnie powiedział. Wokół nas wybuchły pnącza, skutecznie uniemożliwiając wszystkim wokół jakiekolwiek poruszanie lub nawet głębszy oddech – to alchemik Lotosu postanowił, że czas na interwencję. Nanoc jednak nie zważał na nie, rozplątał się kilkoma zwinnymi ruchami i z furią podbiegł do unieruchomionego maga, porwał z jego dłoni czaszkę i z niedźwiedzią siłą roztrzaskał ją o ziemię. Za naszymi plecami rozległ się krzyk i zobaczyliśmy tylko przerażoną twarz Jarry, wciąganej przez białe łapska wgłąb lasu.

View
Pożegnanie z dziadkiem (?) i wspominki

Ten, który kazał się zwać Szczerbatą Czaszką, poczuł lekkie ukłucie niepokoju, gdy bezmózga kupa barbarzyńskich mięśni wyrwała się z magicznie przyzwanych pnączy i ruszyła w jego kierunku.
„Nie jest chyba aż tak głupi, prawda…?” – zdołał tylko pomyśleć. Wielkie łapska Norda wyrwały mu czaszkę dziadka z dłoni. Rycząc jak jakieś zwierze, Nanok uderzył nią kilka razy o ziemię. Stare kości najpierw pękły a później roztrzaskały się na kawałki. Kilka większych, a w większości mniejszych fragmentów rozprysnęło się na wszystkie strony. Pojedyncze zęby, spadły gdzieś w trawę, pogruchotany płat czołowy odbił się od wielkiej łydki barbarzyńcy i poleciał gdzieś w ciemność.
„Hmm…”

Wiele lat wcześniej.
- Miałeś tydzień czasu żeby się stąd wynieść starcze. – powiedział wódz klanu Wiecznej Góry. – Najwyższa pora żebyście się stąd zabrali, razem z tym dzieciakiem. Ludzie Ci nie ufają, boją się że sprowadzisz na nas nieszczęście! Już od miesięcy widać coraz większe niezadowolenie przodków. Zwierzyny jest coraz mniej w lasach, rzeka wezbrała i zalała jeden z kurhanów. Wszyscy wiedzą że to wina tych Twoich plugawych rytuałów! WYNOCHA!
Towarzysze wodza, jak na komendę, wyjęli pałki, kije a dwóch najbardziej zaufanych (i zapewne najlepiej władających orężem) stare, pordzewiałe miecze.
Starzec pogładził długą, śnieżnobiałą brodę i spojrzał na intruzów.
- Nie. – powiedział spokojnie, po czym się odwrócił i zniknął w czeluściach swojego kurhanu. Ciężkie, kamienne drzwi zamknęły się za nim. Praktycznie bezgłośnie.
- Eee… I co teraz? – zapytał Sikający na Wilki (tak naprawdę był tylko jeden wilk i to bardzo chory. Bezgwiezdne niebo i olbrzymia ilość sfermentowanych owoców także pomogły w uzyskaniu tego dumnego imienia). – Nie zdołamy się w siedmiu przebić przez te drzwi. Jego kopiec jest jakiś…inny.
- Wiem, cholera jasna. – powiedział wódz Kruszący Kamienie. – Niech dwóch się ukryje i obserwuje ten grobowiec. W końcu będą musieli wyjść po jakieś jedzenie, albo wodę. My natomiast poczekamy aż wróci reszta chłopów z wyprawy łowieckiej. Jeśli do tego czasu się nie wyniosą, weźmiemy łopaty, kilofy i młoty. Jak będziemy w kupie, to żaden kamień ich nie ochroni.

Młody, na oko dziewięcioletni chłopiec chrapał w najlepsze. Starodawna księga, od pokoleń skrywająca tajniki magii okazała się doskonałą poduszką…
Starzec spojrzał na chłopca i pokręcił głową z niezadowoleniem.
- Miałeś skończyć czytać kolejny rozdział! – warknął, szturchając dzieciaka w ramię.
- ARGHAMMUR KOPPATEZ HOR!! – wybełkotał obudzony, mało nie spadając z krzesła. Świece, okalające pomieszczenie, nagle zmieniły barwy na zielony. Na środku pomieszczenia, gdzieś na wysokości głowy dorosłego mężczyzny, pojawiła się demoniczna twarz.
- KTO ŚMIE PRZYZYWAĆ POTĘŻNEGO…!
Stary czarnoksiężnik szybkim ruchem wyjął zza paska kościaną grzechotkę i nią potrząsnął. Twarz zniknęła, świece ponownie zaświeciły zwykłą, pomarańczową barwą.
- Ufff, ale byś narobił! – zganił chłopca starzec, chociaż początkowe zdenerwowanie w jego głosie zastąpiło rozbawienie.
- Przepraszam dziadku. – powiedział chłopiec, przecierając zaspane oczy. – Gdy skończyłem fragment który mi kazałeś przeczytać, zacząłem wertować księgę. Rozdział siedemnasty zwrócił moją uwagę.
- Zrozumiałeś go? Ciekawe… No dobrze, na dzisiaj wystarczy. Teraz idź przygotować nam coś do jedzenia. Ja muszę porozmawiać z przodkami – obawiam się ze Ci idioci z klanu będą chcieli zrobić coś bardzo, bardzo głupiego.
- Umm, dziadku? Co to było? To, co przed chwilą odegnałeś?
- Hmm, rozdział 17… pewnie jakieś pomniejsze bóstwo, albo większy demon – ciężko powiedzieć. Dopóki nie zdołasz w pełni zapanować nad swoimi mocami, lepiej nie dopytywać. A teraz do kuchni!

Kruszący Kamienie odłożył wielki młot. Zarówno ta broń, jak i pozostałe narzędzia kosztowały go całą fortunę – praktycznie wszystkie kosztowności które posiadał, ale wiedział że było warto. Historie o bogactwach schowanych w kurhanie starego, były znane nawet okolicznym klanom. Prawda, w opowieściach o skarbach przewijały się też plotki jakoby tak naprawdę nikt ich nie widział, a jedyny człowiek który zdołał w ogóle przekroczyć próg pagórka, bardzo szybko z niego wyszedł, tylko po to żeby po zrobieniu kilku kroków umrzeć… Ale kto by tam dawał wiarę plotkom!
- Dobra chłopy, idzie nieźle, ale muszę oddech złapać! – zasapał, odsuwając się od wejścia. – Teraz wy trzej, z kilofami. Reszta, bliżej te pochodnie trzymać bo ciemno jak w dupie! Sikający, Stalowe Zęby do mnie! Jakby stary wyskoczył to zasiekać go momentalnie, a młodego… No cóż… Puszczać strach, bo jeszcze podrośnie i wróci więc też na miecze wziąć.. trudno. Ty Łasica natomiast, na wszelki wypadek usiądź z boku… Jeśli by się okazało że stary zna jakieś sztuczki, to wiesz co masz zrobić.
Gruby, niski mężczyzna, o twarzy zaskakująco przypominającej pysk łasicy, popatrzył niepewnie na swojego wodza.
- Myślisz że to prawda…? To znaczy z tą magią?
- Gówno nie magia, widziałeś kiedyś jakieś czary mary? I nie, kamyczek znikający pod kubkami się nie liczy. Nie ma czegoś takiego i koniec.
- Hmm, to po co kazałeś kupić te strzałki?
Kruszący Kamienie łypnął złowrogo na Łasicę, kończąc rozmowę. Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Trzech rosłych kurhanów z kilofami w rękach podeszło do kamiennych drzwi. Zaraz za nimi stał wódz, obok niego dwóch wojowników uzbrojonych w miecze a kilka kroków z boku przyklęknął niepewny całej sytuacji Łasica. Cała szóstka była otoczona pierścieniem kilkudziesięciu, rosłych mężczyzn z klanu Wiecznej Góry. Wszyscy trzymali zapalone pochodnie i w milczeniu czekali aż drzwi do obiecanego „skarbu” staną otworem.
- No, to zaczynajcie – rozkazał wódz.
Drzwi zazgrzytały, po czym zaczęły się powoli otwierać. Trzy, wzniesione w powietrze kilofy zamarły a ich właściciele wstrzymali oddech.
W wejściu stanął starzec. Nie wyglądał na złego. Nie miał żadnej broni, nie licząc kościanego kostura na którym się wspierał. Zrobił krok do przodu, na co ci z kilofami, niepewni tego jak zareagować, odskoczyli do tyłu.
- Dajesz Stalowe Zęby, na dziada! – dziarsko zakrzyknął Sikający na Wilki, robiąc krok w kierunku starca. Drugiego kroku już nie zdołał zrobić. Nagle, kolana się pod nim ugięły a on sam dziwnie jęknął padając na czworaka. Otaczający go towarzysze zamarli. Sikający na Wilki zacharczał, kaszlnął, po czym zwymiotował. Na trawę wylała się treść żołądka i nieprzetrawione resztki obiadu. Po kilku spazmach, zapluł żółcią, załkał, po czym zaczął wymiotować krwią. Mężczyźni klanu Wiecznej Góry cofnęli się od swojego umierającego w katuszach towarzysza.
- O żesz… – wymamrotał Stalowe Zęby, z przerażeniem patrząc jak jego przyjaciel, płacząc, wyrzyguje swoje wnętrzności. „Nawet nie jest w stanie krzyczeć” – pomyślał.
- ZABIĆ!! – krzyk wodza wyrwał wszystkich wojowników z otępienia. Nie myśląc wiele, skoczyli na czarnoksiężnika.

- Dziadku? – chłopiec przekroczył zwłoki mężczyzny, który najwyraźniej zarzygał się na śmierć. Wokół wejścia leżała masa trupów. Niektórych mężczyzn kojarzył, jeszcze z czasów gdy okazjonalnie z dziadkiem przychodzili do głównego kurhanu żeby handlować – głównie skórami. Ten z lewej na przykład, to był chyba wódz. Ciężko jednak było to stwierdzić, bo cały był pokryty białymi larwami które w najlepsze go zjadały. Obok niego leżał jeden z rybaków klanowych. Jakby zwinięty w kłębek, do snu, tylko że w drugą stronę. Za nim stał ten, którego zwali Łasicą. Ciężko powiedzieć jakim cudem nadal utrzymywał pion, biorąc pod uwagę że jego głowa znajdowała się jakieś 60 cm nad wysokością ramion. Ktoś, lub coś, wyrwało z mężczyzny większą część jego kręgosłupa (głowa była nadal do niego przytroczona) i zostawiło go w takiej groteskowej pozie. Na pewno był dzięki temu zabiegowi wyższy. Na swoje nieszczęście, był też bardzo, ale to bardzo martwy.
Kolejni, których mijał chłopiec, nie wyglądali wcale lepiej. Jeden leżał z wybałuszonymi oczami i dłońmi mordercy, zaciśniętymi wokół szyi. To były jego własne dłonie. Inny był praktycznie cały przegniły. Jego ciało, z wyjątkiem głowy i części klatki piersiowej, uległo rozkładowi, mimo że nie mógł być tutaj na tyle długo żeby nastąpiło to z przyczyn naturalnych. Kolejni zdawali się jakby pozagryzani przez jakieś stworzenie, może dzikie zwierze. Jeszcze inni byli po prostu spaleni.
Pośród tego wszystkiego, na trupie najgrubszego z mężczyzn siedział dziadek chłopca. Obok niego, powarkując, stała jakaś dziwna, podobna do psa istota. Stworzenie spojrzało na chłopca, po czym rozpłynęło się w powietrzu, zostawiając po sobie delikatny smród zgnilizny i rozkładu.
Czarnoksiężnik nie wyglądał na rannego, był za to bardzo niezadowolony.
- Zaskoczyli mnie. – powiedział spokojnie. – Przyznam, że nie doceniłem ich determinacji.
- Nie zranili Cie przecież, prawda? – zapytał z niepokojem chłopiec.
- Nie do końca. Ale zdołali mnie zabić. – odpowiedział czarnoksiężnik, pokazując swojemu wnukowi małą, drewnianą strzałkę. – Trucizna, niestety nie wiem jaka. Nigdy się tym za bardzo nie interesowałem… Ha! Wszystko wskazuje na to, że trzeba było.
- Co zrobimy dziadku?
Starzec wstał powoli, wspierając się na kosturze i ramieniu chłopca.
- Teraz, wracamy do domu. Musimy przygotować Rytuał Podróży, zanim to świństwo zacznie działać. Jutro natomiast, gdy tylko się obudzisz, przejdziemy do kolejnego rozdziału. Opowiem Ci o przyzywaniu sług i towarzyszy. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy w podróży.
- Gdzieś wyruszamy?
- Jeszcze nie…

Kilka lat później.
Młody mężczyzna, powoli zamknął księgę i przetarł zmęczone oczy.
- Tak, wiem o co tu chodzi, chociaż przyznam że kilka rzeczy bym zmienił. – powiedział. – Myślę że dopracuję trochę efekt finalny, bo ten opisany przez prapraprapraprapradziadka nie podoba mi się. Jest jakiś taki…bez polotu, inwencji!
W głównym pomieszczeniu kurhanu panowała cisza i półmrok, rozpraszany jedynie przez kilka świec. Większość z nich ustawiona była przy podeście z księgą. Mężczyzna przeciągnął się ospale, ziewnął, po czym drapiąc się po tyłku ruszył w kierunku stołu. Na blacie leżał nieduży plecak podróżny, kilka sakiewek oraz podróżny tobołek.
- Nie, nie mam już siły. Zwłaszcza że najwyższy czas się zbierać. – zatrzymał się, odwrócił w kierunku podestu, na którym obok oprawionej w skórę księgi, leżała czaszka i spojrzał w jej czarne, puste oczodoły – Wiesz że nigdy nie byłem dalej niż kilka staj od naszego kurhanu? Cholera, jak teraz o tym myślę, to zaczynam chyba odczuwać lekki niepokój.
Na twarzy mężczyzny pojawił się lekki uśmiech. „Na pewno będzie ciekawie” – pomyślał, zakładając plecak. Gdy wszystko już było na swoim miejscu: albo na plecach, albo przytroczone do paska, podszedł do stojaka i wziął z niego czaszkę.
- No! Komu w drogę, temu kamienie w buty! Czy jakoś tak… Wiem że coś pokręciłem, nieistotne. Poważnie? Będziesz mi przez całą drogę marudził? Tak, wiem ale… Hmm – zamyślił się, sięgając po kościany kostur.
- Pewnie masz rację. Co powiesz na „Szczerbata Czaszka”? – zapytał, kierując się do wyjścia z kurhanu.
Z czaszką w jednej ręce, a kosturem w drugiej wyszedł z Kurhanu Przodków, jednej z najstarszych nekropolii w okolicy. Słońce, powoli wyłaniało się zza drzew – zapowiadał się słoneczny, ciepły dzień. Mężczyzna stuknął kosturem o podłoże. Kamienne drzwi, z cichym zgrzytem zamknęły wejście do kurhanu. Przez ułamek sekundy, na pobrudzonej, w kilku miejscach pokrytej mchem, powierzchni kamienia pojawiły się zielonkawe znaki. Jakby litery. Szybko jednak zniknęły.
- To jak, w którą stronę proponujesz wyruszyć najpierw? – powiedział wesoło, lekko podrzucając czaszkę. Nie zdołał jej złapać. Spadła na trawę, po czym zaczęła się staczać w dół pagórka.
- Aha, czyli na południe… – wymamrotał, po czym popędził za czaszką. – Dziadku!! Czekaj!!

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.