Legendy Magii Cienia

Dama w opałach (znowu!)

- Nikt nie będzie kradł nam niewolnicy! – próbowałam krzyczeć, ale pnącza skutecznie zmieniały mój krzyk w kwilenie podduszanego dziecka.
Ci, którzy mogli zerwać się do biegu, bo albo zdołali się uwolnić, albo nie tkwili w gąszczu roślin błyskawicznie zerwali się ze swoich miejsc i zapuścili w ślad za znikającą w lesie Jarrą. Mój kruk, Nevermore poszybował za nimi. Zostałam na polanie Czaszką, Nanokiem i Remleusem. Ten ostatni skutecznie powstrzymywał pozostałych przed rzuceniem się sobie do gardeł, gdy usłyszeliśmy zbliżający się tętent kopyt.
- Będzie ze czterdziestu chłopa – zawyrokował Remleus. Patrzyłam na niego przerażona, zastanawiając się, w którą stronę uciekać.
- Stańmy i walczmy. I tak nie mamy gdzie uciec – odparł bojowo nastawiony Nord.
Szczerbata Czaszka tymczasem, jakby zupełnie nieobecny, szukał w trawie resztek dziadka, które od wewnętrznej strony mieniły się dziwnie, odsłaniając połyskujące na nich znaki.
Wskoczyłam na konia chcąc dogonić i zawrócić na polanę resztę drużyny, a Remleus z Nanokiem zabrali się za rozciąganie liny-pułapki.
Szaleńczym galopem wjeżdżałam w las, kątem oka dostrzegając tylko pierwszy moment starcia na polanie i odłączającą się grupkę konnych podążających w ślad za mną. Ścigając mnie napotkali jednak Czaszkę wciąż brodzącego w trawie za kośćmi dziadka. Mag, nie chcąc zostać stratowany, rzucił potężne zaklęcie. Pięciu z ścigających mnie już nigdy nie zobaczy zachodu słońca. To dodało mi trochę otuchy, ale pościg wciąż był za mną.
W tym samym czasie mój kruk oraz towarzysze skutecznie dali sobie radę z wielką, czteroręką małpą i odzyskali Jarrę. Ashtariae, zaalarmowana odgłosami walki, przerzuciła nieprzytomną dziewczynę przez siodło i ruszyła pędem w naszą stronę. Znalazłyśmy się, galopujące na złamanie karku w leśnej gęstwinie.
- Jest ich z czterdziestu, to Błękitnokrwiści – wysapałam – Potrzebujemy wsparcia. Kilku chyba nadal za mną biegnie.
- Trzeba ściągnąć pozostałych. Jeśli wygramy tę bitwę zostaną już tylko Czarne i Błękitne Dłonie – siliła się na sarkazm Ashtariae. – Nasi tam nie mają koni. Trochę to potrwa.
Świst strzały przeszywającej powietrze przerwał rozmowę. Koń kurtyzany zachwiał się, ta szybko zeskoczyła i ściągnęła z jego grzbietu wciąż nieprzytomną Jarrę, pozwalając osunąć się zwierzęciu na ziemię. Zaklęła pod nosem. Druga strzałka wbiła się w ściółkę pod kopytami mojego konia.
- Muszę udzielić mu pomocy, może przeżyje – mamrotała Ashtariae.
- Głupia, uciekaj – krzyknęłam. – Spróbuję ich odciągnąć! – zawróciłam konia i pognałam w głąb lasu, mając za sobą przynajmniej dwie wrogie gildie.

View
W objęciach Hordan

Wszelkie wypadki, które były ostatnio moim udziałem z pewnością są dziełem Bogini. Razem z Astarie, Nonariel, Remleusem, Nanokiem, Vojto Kristophosem, alchemikiem i Szczerbatą Czaszką wyszliśmy cali i zdrowi z kopalni złota nieopodal wioski Galen, a później z udało nam się zabić tę sukę harpię, ukrywającą się w ciele szlachcianki.

Jestem pewna, że to Bogini prowadziła mój sztylet, kiedy podrzynałam jej gardło. Pragnęła krwi i mojego oddania, modlitwa sama cisnęła mi się na usta, szeptałam, że jej krew pieczętuje nasze przymierze, a potem stało się coś niespodziewanego – jej dar wstąpił we mnie. Niemal namacalnie poczułam, jak wypełnia mnie jej moc, żądając kolejnej i kolejnej ofiary. Myślę, że w ten sposób chciała powiedzieć mi, że sprawdziłam się, ofiara była dobra, a moja misja i pobyt tutaj są ważne. Być może nawet ważna jest ta zbieranina, z którą podróżuję? Lecz kto tak na prawdę zna myśli Bogini i wie, jakie sieci snuje…? Remleus, kochany, dzielny, głupiutki Remleus, patrzył na mnie podejrzliwie, wyczuł chyba, że coś się zmieniło. Tyle, że sama na razie nie wiedziałam co.
Po walce, podczas gdy kapitan Tellario próbował zatuszować prawdziwe oblicze harpii i z zapałem pakował jej odciętą głowę do beczki, wzięłam na ręce małego Mruczka, kota karczmarza. Ładne, puszyste i ufne stworzenie bez oporów dało się zanieść do mojej izby. Postawiłam go, starannie zamknęłam i zabarykadowałam drzwi, zamknęłam okiennice i zapaliłam pojedynczą świecę. Przygotowałam cebrzyk i sztylet. I znowu TO się stało: inkantacja sama cisnęła mi się na usta, krew Mruczka zalała mi ręce, ciepła i lepka, a moc Bogini wypełniała mnie jak naczynie. Tym razem wiedziałam, czego pragnę. Wymówiłam nazwę zaklęcia, a ono ze mną zostało. Dar Hordan był ze mną, mroczna Pani oplatała mnie swoimi cierniowymi ramionami. Dokonało się.

Wyruszyliśmy z karczmy. Przez chwilę nawet wydawało nam się, że wszystko jest w porządku, ale była to bardzo krótka chwila. Ktoś nas śledził. I było ich wielu. Vojto Kristophosowi udało się zidentyfikować nasz ogon. Były to jalizarskie bandy gildii złodziei: Czarne Dłonie, specjalizujące się w rabunkach i porwaniach – bardzo liczna, ale słabo uzbrojona hołota; Błękitnokrwiści, upadli szlachcice, przekonane o własnej wartości bufony w liczbie około 30, z błyszczącym orężem i pięknymi rumakami oraz chyba najgorsi – skrytobójcy z Karmazynowej Dłoni – niezwykle skuteczna acz nieliczna grupa asasynów, których często człowiek nawet nie zdąży zobaczyć przed śmiercią. Nanoc słusznie zauważył, że należało pozabijać wszystkich buntowników, których prowadziliśmy z kopalni do Gallen, a nie tylko ostrzegawczo uciąć głowę jednemu, jak zrobiła to Ashtariae. A teraz ci, co uszli z życiem, rozjuszeni dodatkowo przez śmierć kompana i pazerni na wiezione przez nas złoto, taki właśnie wyobrazili sobie odwet. Cóż, jedyne co przychodziło mi na myśl to „w nogi”.

Jechaliśmy bardzo szybko i w niedługim czasie linia gór zamajaczyła nam na horyzoncie. Do naszego niewielkiego orszaku dołączył jeszcze jeden towarzysz, którego poznaliśmy w Gallen, mieszkaniec Hebanowej Sawanny, Makumba Mokombo, który twierdził, że ma w stosunku do nas dług życia i okazaną pomocą chce go spłacić. Mieliśmy tylko jedną noc na przedyskutowanie planów wybrnięcia z impasu, więc każda pomoc wydawała się być na miejscu. Ścigające nas grupy przekonane były, że posiadamy ponad dwa razy więcej złota, niż mieliśmy go w rzeczywistości, a taka ilość kruszcu mogłaby poważnie zachwiać delikatną równowagę w Jalizarze. Okazało się również, że rzeczywiście mamy się czego bać – przede wszystkim ze strony Karmazynowych Dłoni – jak opowiadał Vojto, który okazał się specjalistą w złodziejskim fachu i dezerterem z dwóch rzeczonych grup. Jarra usługiwała, co rusz dolewając wina lub wody z zapasów, podczas gdy w naszym małym obozowisku wrzało. Każdy inaczej wyobrażał sobie ucieczkę przed jalizarskimi bandami, a nikt oczywiście nie był strategiem ani taktykiem: to wciągnąć ich w pułapkę, to wybić, to zrobić małą wojenkę, to podstępem nasłać na siebie… Spór był długi, ale udało się osiągnąć w miarę sensowne porozumienie: my mieliśmy udać się w stronę gór, gdzie spróbujemy zakopać złoto i napuścić na siebie niedoszłych właścicieli naszego dobytku wmawiając im, że złoto już nam zabrano, Makumba natomiast miał wziąć nasze luzaki i pogalopować w stronę zachodzącego słońca, a za nim część naszego pościgu. Wiedzieliśmy, że są to śliskie założenia, ale chyba nawet trzy dni obrad nie spowodowałyby wymyślenia lepszego planu. Remleus, nieszczęśliwy, że musiał się rozstać ze swoją trzódką, z której stworzył już niemal stadninę, galopował na przedzie wyznaczając szlak. Reszta z nas podążała za nim, a pochód zamykał Nanoc osłaniając tyły.
Już u stóp góry usłyszeliśmy wściekły kwik, rżenie, rzężenie i plask – to głowa wierzchowca Remleusa potoczyła się po ścieżce. On sam błyskawicznie zeskoczył z osuwającego się na ziemię korpusu z żądzą mordu w oczach. Pierwsza zareagowała Nonariel, próbując przepatrywać gęstwinę, jednakże cień tylko mignął i już go nie było.
- Ich plan się nie powiódł i nie powiedzie! – odgrażał się hoplita. Próbowaliśmy pocieszać go jakoś. Szczerbata Czaszka zsiadł ze swojego konia, podprowadził go Remleusowi, a sam usadowił się na grzbiecie wołu, przyjmując iście arystokratyczną minę. Postanowiliśmy nie kontynuować pościgu, tylko czym prędzej zając się ukryciem złota. Gdy wybraliśmy odpowiednie miejsce, męska część drużyny zajęła się kopaniem dołu. Ja z Ashtariae nadzowałyśmy, jak Jarra poi konie i poprawia juki. Za sobą usłyszałam syk Szczerbatej Czaszki:
- Przeproś…
- Nie zrobię tego – odparł spokojnie Nanoc
- Przeproś – znowu syk maga
- Nie! – krzyk Norda
Próbowałam wskoczyć między nich, powstrzymać tych napakowanych testosteronem imbecyli przed pozabijaniem się. Na nieszczęście byli już tak na siebie wściekli, ze ignorowali wszystko wokół. Mag stał z wyciągniętą czaszką dziadka, na której było małe nieszczerbienie, Nanoc, kipiąc złością napiął wszystkie mięśnie i sprawiał wrażenie, jakby sama góra miała zaatakować.
- Powiedz: przepraszam dziadku – teraz już wiedziałam, że to nie może skończyć się dobrze. Nasz szalony mag inkantował, próbował zmusić Nanoca do przeprosin.
- Przepraszam dziadku – wychrypiał nieobecnym głosem Nord, po czym otrząsnął się, jakby zaskoczony tym co właśnie powiedział. Wokół nas wybuchły pnącza, skutecznie uniemożliwiając wszystkim wokół jakiekolwiek poruszanie lub nawet głębszy oddech – to alchemik Lotosu postanowił, że czas na interwencję. Nanoc jednak nie zważał na nie, rozplątał się kilkoma zwinnymi ruchami i z furią podbiegł do unieruchomionego maga, porwał z jego dłoni czaszkę i z niedźwiedzią siłą roztrzaskał ją o ziemię. Za naszymi plecami rozległ się krzyk i zobaczyliśmy tylko przerażoną twarz Jarry, wciąganej przez białe łapska wgłąb lasu.

View
Pożegnanie z dziadkiem (?) i wspominki

Ten, który kazał się zwać Szczerbatą Czaszką, poczuł lekkie ukłucie niepokoju, gdy bezmózga kupa barbarzyńskich mięśni wyrwała się z magicznie przyzwanych pnączy i ruszyła w jego kierunku.
„Nie jest chyba aż tak głupi, prawda…?” – zdołał tylko pomyśleć. Wielkie łapska Norda wyrwały mu czaszkę dziadka z dłoni. Rycząc jak jakieś zwierze, Nanok uderzył nią kilka razy o ziemię. Stare kości najpierw pękły a później roztrzaskały się na kawałki. Kilka większych, a w większości mniejszych fragmentów rozprysnęło się na wszystkie strony. Pojedyncze zęby, spadły gdzieś w trawę, pogruchotany płat czołowy odbił się od wielkiej łydki barbarzyńcy i poleciał gdzieś w ciemność.
„Hmm…”

Wiele lat wcześniej.
- Miałeś tydzień czasu żeby się stąd wynieść starcze. – powiedział wódz klanu Wiecznej Góry. – Najwyższa pora żebyście się stąd zabrali, razem z tym dzieciakiem. Ludzie Ci nie ufają, boją się że sprowadzisz na nas nieszczęście! Już od miesięcy widać coraz większe niezadowolenie przodków. Zwierzyny jest coraz mniej w lasach, rzeka wezbrała i zalała jeden z kurhanów. Wszyscy wiedzą że to wina tych Twoich plugawych rytuałów! WYNOCHA!
Towarzysze wodza, jak na komendę, wyjęli pałki, kije a dwóch najbardziej zaufanych (i zapewne najlepiej władających orężem) stare, pordzewiałe miecze.
Starzec pogładził długą, śnieżnobiałą brodę i spojrzał na intruzów.
- Nie. – powiedział spokojnie, po czym się odwrócił i zniknął w czeluściach swojego kurhanu. Ciężkie, kamienne drzwi zamknęły się za nim. Praktycznie bezgłośnie.
- Eee… I co teraz? – zapytał Sikający na Wilki (tak naprawdę był tylko jeden wilk i to bardzo chory. Bezgwiezdne niebo i olbrzymia ilość sfermentowanych owoców także pomogły w uzyskaniu tego dumnego imienia). – Nie zdołamy się w siedmiu przebić przez te drzwi. Jego kopiec jest jakiś…inny.
- Wiem, cholera jasna. – powiedział wódz Kruszący Kamienie. – Niech dwóch się ukryje i obserwuje ten grobowiec. W końcu będą musieli wyjść po jakieś jedzenie, albo wodę. My natomiast poczekamy aż wróci reszta chłopów z wyprawy łowieckiej. Jeśli do tego czasu się nie wyniosą, weźmiemy łopaty, kilofy i młoty. Jak będziemy w kupie, to żaden kamień ich nie ochroni.

Młody, na oko dziewięcioletni chłopiec chrapał w najlepsze. Starodawna księga, od pokoleń skrywająca tajniki magii okazała się doskonałą poduszką…
Starzec spojrzał na chłopca i pokręcił głową z niezadowoleniem.
- Miałeś skończyć czytać kolejny rozdział! – warknął, szturchając dzieciaka w ramię.
- ARGHAMMUR KOPPATEZ HOR!! – wybełkotał obudzony, mało nie spadając z krzesła. Świece, okalające pomieszczenie, nagle zmieniły barwy na zielony. Na środku pomieszczenia, gdzieś na wysokości głowy dorosłego mężczyzny, pojawiła się demoniczna twarz.
- KTO ŚMIE PRZYZYWAĆ POTĘŻNEGO…!
Stary czarnoksiężnik szybkim ruchem wyjął zza paska kościaną grzechotkę i nią potrząsnął. Twarz zniknęła, świece ponownie zaświeciły zwykłą, pomarańczową barwą.
- Ufff, ale byś narobił! – zganił chłopca starzec, chociaż początkowe zdenerwowanie w jego głosie zastąpiło rozbawienie.
- Przepraszam dziadku. – powiedział chłopiec, przecierając zaspane oczy. – Gdy skończyłem fragment który mi kazałeś przeczytać, zacząłem wertować księgę. Rozdział siedemnasty zwrócił moją uwagę.
- Zrozumiałeś go? Ciekawe… No dobrze, na dzisiaj wystarczy. Teraz idź przygotować nam coś do jedzenia. Ja muszę porozmawiać z przodkami – obawiam się ze Ci idioci z klanu będą chcieli zrobić coś bardzo, bardzo głupiego.
- Umm, dziadku? Co to było? To, co przed chwilą odegnałeś?
- Hmm, rozdział 17… pewnie jakieś pomniejsze bóstwo, albo większy demon – ciężko powiedzieć. Dopóki nie zdołasz w pełni zapanować nad swoimi mocami, lepiej nie dopytywać. A teraz do kuchni!

Kruszący Kamienie odłożył wielki młot. Zarówno ta broń, jak i pozostałe narzędzia kosztowały go całą fortunę – praktycznie wszystkie kosztowności które posiadał, ale wiedział że było warto. Historie o bogactwach schowanych w kurhanie starego, były znane nawet okolicznym klanom. Prawda, w opowieściach o skarbach przewijały się też plotki jakoby tak naprawdę nikt ich nie widział, a jedyny człowiek który zdołał w ogóle przekroczyć próg pagórka, bardzo szybko z niego wyszedł, tylko po to żeby po zrobieniu kilku kroków umrzeć… Ale kto by tam dawał wiarę plotkom!
- Dobra chłopy, idzie nieźle, ale muszę oddech złapać! – zasapał, odsuwając się od wejścia. – Teraz wy trzej, z kilofami. Reszta, bliżej te pochodnie trzymać bo ciemno jak w dupie! Sikający, Stalowe Zęby do mnie! Jakby stary wyskoczył to zasiekać go momentalnie, a młodego… No cóż… Puszczać strach, bo jeszcze podrośnie i wróci więc też na miecze wziąć.. trudno. Ty Łasica natomiast, na wszelki wypadek usiądź z boku… Jeśli by się okazało że stary zna jakieś sztuczki, to wiesz co masz zrobić.
Gruby, niski mężczyzna, o twarzy zaskakująco przypominającej pysk łasicy, popatrzył niepewnie na swojego wodza.
- Myślisz że to prawda…? To znaczy z tą magią?
- Gówno nie magia, widziałeś kiedyś jakieś czary mary? I nie, kamyczek znikający pod kubkami się nie liczy. Nie ma czegoś takiego i koniec.
- Hmm, to po co kazałeś kupić te strzałki?
Kruszący Kamienie łypnął złowrogo na Łasicę, kończąc rozmowę. Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Trzech rosłych kurhanów z kilofami w rękach podeszło do kamiennych drzwi. Zaraz za nimi stał wódz, obok niego dwóch wojowników uzbrojonych w miecze a kilka kroków z boku przyklęknął niepewny całej sytuacji Łasica. Cała szóstka była otoczona pierścieniem kilkudziesięciu, rosłych mężczyzn z klanu Wiecznej Góry. Wszyscy trzymali zapalone pochodnie i w milczeniu czekali aż drzwi do obiecanego „skarbu” staną otworem.
- No, to zaczynajcie – rozkazał wódz.
Drzwi zazgrzytały, po czym zaczęły się powoli otwierać. Trzy, wzniesione w powietrze kilofy zamarły a ich właściciele wstrzymali oddech.
W wejściu stanął starzec. Nie wyglądał na złego. Nie miał żadnej broni, nie licząc kościanego kostura na którym się wspierał. Zrobił krok do przodu, na co ci z kilofami, niepewni tego jak zareagować, odskoczyli do tyłu.
- Dajesz Stalowe Zęby, na dziada! – dziarsko zakrzyknął Sikający na Wilki, robiąc krok w kierunku starca. Drugiego kroku już nie zdołał zrobić. Nagle, kolana się pod nim ugięły a on sam dziwnie jęknął padając na czworaka. Otaczający go towarzysze zamarli. Sikający na Wilki zacharczał, kaszlnął, po czym zwymiotował. Na trawę wylała się treść żołądka i nieprzetrawione resztki obiadu. Po kilku spazmach, zapluł żółcią, załkał, po czym zaczął wymiotować krwią. Mężczyźni klanu Wiecznej Góry cofnęli się od swojego umierającego w katuszach towarzysza.
- O żesz… – wymamrotał Stalowe Zęby, z przerażeniem patrząc jak jego przyjaciel, płacząc, wyrzyguje swoje wnętrzności. „Nawet nie jest w stanie krzyczeć” – pomyślał.
- ZABIĆ!! – krzyk wodza wyrwał wszystkich wojowników z otępienia. Nie myśląc wiele, skoczyli na czarnoksiężnika.

- Dziadku? – chłopiec przekroczył zwłoki mężczyzny, który najwyraźniej zarzygał się na śmierć. Wokół wejścia leżała masa trupów. Niektórych mężczyzn kojarzył, jeszcze z czasów gdy okazjonalnie z dziadkiem przychodzili do głównego kurhanu żeby handlować – głównie skórami. Ten z lewej na przykład, to był chyba wódz. Ciężko jednak było to stwierdzić, bo cały był pokryty białymi larwami które w najlepsze go zjadały. Obok niego leżał jeden z rybaków klanowych. Jakby zwinięty w kłębek, do snu, tylko że w drugą stronę. Za nim stał ten, którego zwali Łasicą. Ciężko powiedzieć jakim cudem nadal utrzymywał pion, biorąc pod uwagę że jego głowa znajdowała się jakieś 60 cm nad wysokością ramion. Ktoś, lub coś, wyrwało z mężczyzny większą część jego kręgosłupa (głowa była nadal do niego przytroczona) i zostawiło go w takiej groteskowej pozie. Na pewno był dzięki temu zabiegowi wyższy. Na swoje nieszczęście, był też bardzo, ale to bardzo martwy.
Kolejni, których mijał chłopiec, nie wyglądali wcale lepiej. Jeden leżał z wybałuszonymi oczami i dłońmi mordercy, zaciśniętymi wokół szyi. To były jego własne dłonie. Inny był praktycznie cały przegniły. Jego ciało, z wyjątkiem głowy i części klatki piersiowej, uległo rozkładowi, mimo że nie mógł być tutaj na tyle długo żeby nastąpiło to z przyczyn naturalnych. Kolejni zdawali się jakby pozagryzani przez jakieś stworzenie, może dzikie zwierze. Jeszcze inni byli po prostu spaleni.
Pośród tego wszystkiego, na trupie najgrubszego z mężczyzn siedział dziadek chłopca. Obok niego, powarkując, stała jakaś dziwna, podobna do psa istota. Stworzenie spojrzało na chłopca, po czym rozpłynęło się w powietrzu, zostawiając po sobie delikatny smród zgnilizny i rozkładu.
Czarnoksiężnik nie wyglądał na rannego, był za to bardzo niezadowolony.
- Zaskoczyli mnie. – powiedział spokojnie. – Przyznam, że nie doceniłem ich determinacji.
- Nie zranili Cie przecież, prawda? – zapytał z niepokojem chłopiec.
- Nie do końca. Ale zdołali mnie zabić. – odpowiedział czarnoksiężnik, pokazując swojemu wnukowi małą, drewnianą strzałkę. – Trucizna, niestety nie wiem jaka. Nigdy się tym za bardzo nie interesowałem… Ha! Wszystko wskazuje na to, że trzeba było.
- Co zrobimy dziadku?
Starzec wstał powoli, wspierając się na kosturze i ramieniu chłopca.
- Teraz, wracamy do domu. Musimy przygotować Rytuał Podróży, zanim to świństwo zacznie działać. Jutro natomiast, gdy tylko się obudzisz, przejdziemy do kolejnego rozdziału. Opowiem Ci o przyzywaniu sług i towarzyszy. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz potrzebował pomocy w podróży.
- Gdzieś wyruszamy?
- Jeszcze nie…

Kilka lat później.
Młody mężczyzna, powoli zamknął księgę i przetarł zmęczone oczy.
- Tak, wiem o co tu chodzi, chociaż przyznam że kilka rzeczy bym zmienił. – powiedział. – Myślę że dopracuję trochę efekt finalny, bo ten opisany przez prapraprapraprapradziadka nie podoba mi się. Jest jakiś taki…bez polotu, inwencji!
W głównym pomieszczeniu kurhanu panowała cisza i półmrok, rozpraszany jedynie przez kilka świec. Większość z nich ustawiona była przy podeście z księgą. Mężczyzna przeciągnął się ospale, ziewnął, po czym drapiąc się po tyłku ruszył w kierunku stołu. Na blacie leżał nieduży plecak podróżny, kilka sakiewek oraz podróżny tobołek.
- Nie, nie mam już siły. Zwłaszcza że najwyższy czas się zbierać. – zatrzymał się, odwrócił w kierunku podestu, na którym obok oprawionej w skórę księgi, leżała czaszka i spojrzał w jej czarne, puste oczodoły – Wiesz że nigdy nie byłem dalej niż kilka staj od naszego kurhanu? Cholera, jak teraz o tym myślę, to zaczynam chyba odczuwać lekki niepokój.
Na twarzy mężczyzny pojawił się lekki uśmiech. „Na pewno będzie ciekawie” – pomyślał, zakładając plecak. Gdy wszystko już było na swoim miejscu: albo na plecach, albo przytroczone do paska, podszedł do stojaka i wziął z niego czaszkę.
- No! Komu w drogę, temu kamienie w buty! Czy jakoś tak… Wiem że coś pokręciłem, nieistotne. Poważnie? Będziesz mi przez całą drogę marudził? Tak, wiem ale… Hmm – zamyślił się, sięgając po kościany kostur.
- Pewnie masz rację. Co powiesz na „Szczerbata Czaszka”? – zapytał, kierując się do wyjścia z kurhanu.
Z czaszką w jednej ręce, a kosturem w drugiej wyszedł z Kurhanu Przodków, jednej z najstarszych nekropolii w okolicy. Słońce, powoli wyłaniało się zza drzew – zapowiadał się słoneczny, ciepły dzień. Mężczyzna stuknął kosturem o podłoże. Kamienne drzwi, z cichym zgrzytem zamknęły wejście do kurhanu. Przez ułamek sekundy, na pobrudzonej, w kilku miejscach pokrytej mchem, powierzchni kamienia pojawiły się zielonkawe znaki. Jakby litery. Szybko jednak zniknęły.
- To jak, w którą stronę proponujesz wyruszyć najpierw? – powiedział wesoło, lekko podrzucając czaszkę. Nie zdołał jej złapać. Spadła na trawę, po czym zaczęła się staczać w dół pagórka.
- Aha, czyli na południe… – wymamrotał, po czym popędził za czaszką. – Dziadku!! Czekaj!!

View
Zguba wioski Gallan

Niegdyś Żelazne Imperium rozciągało się poprzez wszystkie zakątki znanych Krain Morza Grozy. Poza jego granicami znajdowały się tylko nieznane ziemie, nie warte uwagi cywilizowanego świata. Zandor był jego częścią, jednak teraz czasy się zmieniły, Imperium rozpadało się, a wielka prowincja padła łupem Valków, nomadycznych plemion z bezkresnych stepów. Ich inwazja załamała się i pozostawiła tereny na wschód od Żelaznych Gór praktycznie bez władzy. Wiele wiosek i osiedli ludzi cywilizowanych zostało porzuconych, a ich mieszkańcy ruszyli w poszukiwaniu lepszego życia bliżej Faberterry, centrum świata. niektórzy jednak zostali zadowoleni, że imperialni poborcy podatkowi, ani łupieżcy Valków ich już nie nękają.
Gallan przez chwilę prosperowała lepiej niż jej najstarsi mieszkańcy pamiętali. Ze zbiorów pozostawało im więcej niż mogli zużyć lub zaoszczędzić, a kupcy oferowali im lepsze ceny, gdy nie mieli na głowie podatku i cła Imperialnego. Szybko jednak zrozumieli, że ich podatki nie szły na marne. Pierwsze grupy bandytów pojawiły się i zaczęły zdzierać z nich więcej niż Imperator kiedykolwiek chciałby zażądać od tak małej wioski. Zabierali im ciężko zarobione pieniądze i większą część zbiorów i hodowli. Dla mieszkańców Gallan nastały ciężkie czasy, ale nic nie przygotowało ich na nadejście Napiętnowanych Diabłów.

Danima obudziła się wcześnie i wyszła zająć się swoją Mućką. Jej mąż poszedł do studni po wodę, aby mogła ugotować owsiankę na śniadanie. Słońce dopiero co wstawało osrebrzając zielone wzgórza. Jej córka i zięć od wczoraj nie wrócili z polowania. Jarra, dziewczyna z sąsiedztwa, tuliła jej wnuczkę i nuciła jej. Osesek płakał. Gdyby nie to Danima wcześniej usłyszałaby stukot kopyt czarnych rumaków Napiętnowanych diabłów.
Zobaczyła ich po raz pierwszy spoglądając na drogę spod krowiego brzucha: grupę jeźdźców w czarnych żelaznych pancerzach. Ich głowy osłaniały hełmy o przyłbicach wyrzeźbionych w ohydne podobieństwa demonów i zwieńczone spiralnymi rogami baranów. Ich konie były czarne. Od razu jednak rzuciło jej się w oczy, że niektóre z nich były tylko tak zabarwione mułem z Gorczyki, rzeki płynącej w stronę Jalizzaru.
W tym momencie uświadomiła sobie, że minął ponad tydzień od końca żniw i jesień wkradła się w życie mieszkańców Gallan, a ich poprzedni ciemiężcy nie przybyli po swoją część. Potarła pomarszczone czoło dłońmi wciąż tłustymi od wymion Mućki. Czekała ją kolejna trudna rozmowa. Będzie usłużna i powie, że oddadzą wszystko, tylko by ich zostawili w spokoju. Potem powie, że lepiej będzie, jeśli pozwolą im zatrzymać dość, aby mogli przeżyć. Po dyskusji o tym ile dokładnie wieśniacy z Gallan potrzebują w końcu nowi ciemiężcy odejdą zadowoleni, że nie musieli się napracować dla swoich łupów.
Nie spodziewała się, że nic nie będzie już takie samo.

Na środku ich wsi obok spichlerza stała ogromna wieża ciśnień – przeżytek starego Imperium. To w jej cieniu stanęła Danima i inni starsi wioski, aby rozmawiać z Napiętnowanymi Diabłami. Było ich więcej niż którychkolwiek z innych bandyckich grup. Prawie czterdziestu jeźdźców. Ich dudniące głosy rozniosły się po całej wiosce, a ich żądania były przerażające i nie do zaakceptowania. Nie chcieli Srebrnych Księżyców, ani części zbiorów, nie chcieli nawet chaty pełnej najpiękniejszych dziewcząt z Gallan, ani alkoholu z krzewu pijanicy. Napiętnowane Diabły przedstawiły się. Zaraz po tym zabiły dwójkę mężczyzn stojących przed Danimą. Zanim zdążyła zrozumieć co się stało, jeden z Diabłów przemówił.
- Połowa waszych mężczyzn zdolnych do pracy pójdzie z nami – jego głos był zniekształcony przez maskę. Nastąpiła długa pauza. – Albo połowa waszych kobiet zginie.
Kolejna para mężczyzn zginęła zanim starszyzna Gallan zgodziła się na propozycję Diabłów. Było losowanie – biały kamień był szczęśliwy, a czarny nie. Ostatecznie nikt nie stawiał oporu większego niż płacz kobiet i dzieci. Napiętnowane Diabły wywiozły połowę mężczyzn, w tym męża Danimy, o świcie następnego dnia. Kończyła doić Mućkę obserwując jego owłosione plecy wleczone za koniem jednego z Napiętnowanych Diabłów. Nie była w stanie zrobić nic więcej niż podjąć rutynę swojego życia i pomyśleć: “To tyle. To będzie dobry rok po tym wszystkim. Musi być.”

Wkrótce musiała zmienić zdanie. Jej córki i zięcia nie znaleziono. Albo nie żyli albo zostali zabrani z mężczyznami.
Tydzień później napiętnowane diabły wróciły. Tym razem zabrały konie i woły, żywność i wozy z beczkami z wodą. Na koniec odkryły zapas jagód Pijanicy. Dudniącymi głosami obwieściły, że wrócą za pięć dni, jagody i wóz z wodą mają być gotowe, a do tego reszta mężczyzn.
Starszyzna omówiła sprawę i postanowiła wysłać Danimę i Omera do Złotej Przystani i zdobyć pomoc od strażników dróg lub jakiegoś kupca, który użyczyłby im swoich ochroniarzy. Omer od razu stwierdził, że to się nigdy nie stanie, ale poszedł mimo to.
Nie udało się. Nikt nawet chciał ich wysłuchać.
Wrócili i razem z resztą przygotowali się na koniec wyznaczonego im czasu. Napiętnowane Diabły przybyły i zabrały pijanicę, wodę i mężczyzn. Przez chwilę kobiety stały z mieszaniną ulgi, że to już koniec i strachu o przyszłość. Oprawcy wioski Gallan zmiażdżyli obie te emocje. Ich dudniące głosy zapowiedziały, że wrócą za tydzień i zabiorą wszystkie kobiety. To miał być koniec wioski Gallan.

- Mówiłam, że to będzie nudna historia – podsumowała Nevaria.
- Ale przyszłaś tu. Co się zmieniło? – Remleus miał ton pozbawiony emocji. “Żołnierz zbierający informację przed bitwą,” pomyślała Danima.
- Jeśli jest łomot do spuszczenia, to wchodzę w to – Nanoc był bardziej niż lekko pijany, więc jego słowo niewiele znaczyło. Druga osoba, która się odezwała również nie wzbudziła wiele zaufania.
- Pomogę wam – Nonariel od jakiegoś już czasu stała oparta o ścianę przy ich stoliku sącząc piwo. Mieszkańcy Zandoru za dobrze jeszcze pamiętali najazdy Valków, aby Danima chciała zaprowadzić srebrzysto-włosą Valkirię do swojej wioski. Odpowiedziała tylko Hoplicie.
- Zebrałyśmy trochę pieniędzy i kosztowności – wyraz wstydu na jej twarzy sugerował, że mieszek choć sporawy nie zawierał wielkiej wartości.
Vojto pochwycił go i otworzył. Z zaskoczeniem wysypał go na stół. Szybko odrzucił na bok kilka rzeczy i monet, a resztę zrzucił na podłogę.
- Koło stówy może tu być – stwierdził profesjonalnym tonem rzeczoznawcy i najwyraźniej stracił zainteresowanie sprawą.
- To nie warte szwędania się po zadupiach Zandoru – dodał Szczerbata Czaszka.
- Ja za to pomogę za sto srebrnych księżyców – kolejna postać wyłoniła się z cieni karczmy. To był Alchemik w swoim czerwonym płaszczu.
Danima oceniała swoje szanse. Arystokratki wyraźnie nie miały zamiaru pomóc, ale równie dobrze zrozumiała, że Remleus im nie służy. Trzy osoby – barbarzyńca, Valkiria i Alchemik – zgodziły się pomóc. Ale to były nie właściwe osoby. Dwaj towarzysze Hoplity nie zgodzili się, a to przesądzało sprawę.
Remleus patrzył na nią spokojnie. Jego brązowe włosy były oklapłe od potu – poranek był parny i zapowiadał burzę. Pierwsze ślady zarostu pojawiły się na jego twarzy, a nieprzespana noc odbijała się pod jego oczami. Zielone, kolor nadziei. Jednak powolny ruch jego głowy prawie pozbawił ją nadziei. Tym razem jednak nie przybyła tutaj, aby odnieść kolejną porażkę.
Jarra dotychczas stała przy drzwiach starając się nie rzucać w oczy. Była zgarbiona i cicha. Z łzami w oczach przysłuchiwała się słowom Danimy. Teraz na jej skinienie podeszła do stołu, przy którym siedziało już wszystkich ośmioro porannych klientów Złotej Przystani. Stanęła przed nimi ze spuszczoną głową. Danima podniosła jej podbródek.
Vojto rozpoznał ten ruch. Na targach Jalizzaru tak właśnie prezentowali niewolników na sprzedaż. Zazwyczaj jednak byli mniej delikatni i używali trzonku bicza do tego. Zrozumiał jej ofertę natychmiast. W jakimś odruchu postanowił oszczędzić Danimie wstydu składania jej.
- To już może się opłacać – zwrócił się do Szczerbatej Czaszki. – Możemy za nią dostać dwa tysiące. Cztery, jeśli jest dziewicą.
Jego ton rzeczoznawcy nie od razu dał wszystkim do zrozumienia o co chodzi. Danima jednak nie zaprzeczyła jego słowom. Pierwsza odezwała się Ashtariae.
- Przydałaby nam się niewolnica.
Navaria potwierdziła skinieniem głowy.
Danima zrozumiała, że zdobyła już prawie wszystkich. Wyraz twarzy Remleusa stwardniał jednak, a jego głowa opadła. Do obrony wioski nie potrzeba było losowej zbieraniny siedmiu pijaczków, niezależnie jak groźnie wyglądali. Kobiety z Gallan potrzebowały żołnierza z prawdziwego zdarzenia, potrzebowała kogoś, kto da im nadzieję i poprowadzi przeciwko zastępom Napiętnowanych Diabłów. Bez Hoplity wszystko było stracone.

View
Bijatyka

Bójka rozlewa się po karczmie tak samo szybko jak, jej pierwsza ofiara – kufel cienkiego piwa po stole. Znudzeni poganiacze mułów dołączają do niej ochoczo pod przewodnictwem półnagiego barbarzyńcy. Nord łapie pierwszych dwóch klientów dotychczas złączonych w zapaśniczym uścisku i zderza ich głowami rechocząc głośno. Stojący po drugiej stronie stołu mężczyzna ciska w niego kuflem. Nie trafia. Trunek oblewa tłum a naczynie rozbija nakrycia na stole hoplity i jego towarzyszy. Żołnierz podrywa się na równe nogi chwytając za swoją tarczę. Przezornie zostawia włócznię w spokoju. Czarnoksiężnik z Ludu Kurhanów chyżo chowa się za nim, zaś Jalizzarski złodziej, jak zawsze dostrzegając okazję dla swojego fachu, ostrożnie rusz w poszykiwaniu łatwych łupów.
Obsługa jest doskonale przygotowana na ewentualność karczemnej burdy. Nawet pracująca tymczasowo Valka dostaje do ręki drewnianą pałkę i zabiera się do przerzedzania obrzeży ciżby precyzyjnymi ciosami w potylicę. Mimo to burda trwa w najlepsze. Kufle, talerze i misy idą w drzazgi. Krzesła walają się po ziemi. Stoły przezornie zostały przybite do ziemi i tylko jeden z nich poddaje się pod siłą mięśni potężnego Norda i zostaje użyty do przewrócenia trzech mężczyzn.
Dwóch pozornie splecionych ze sobą poganiaczy mułów zbliża się do piękności, które są przyczyną tego zamieszania. Obie mają figlarne uśmiechy na ustach i napawają się obserwacją tak mało spotykanego dla nich elementu folklor. Mężczyźni rozplątują się zaraz przed ich stolikiem i ruszają, aby przynajmniej na chwilę pochwycić te idealne krągłości w swe dłonie. Jednak jeden z nich z całym impetem uderza czołem w tarczę, a drugi rozciąga się na ziemi podcięty nogą w stalowym nagolenniku. Pewnie więcej z nich wpadłoby na ten pomysł i stalowe pięści hoplity, obrońcy niewiast w potrzebie, miałyby sporo roboty, ale w tym momencie rozlega się głośny trzask.
Gliniana fiolka rozbija się o strop. Wszyscy uczestnicy bójki nagle zatrzymują się i zaczynają bezskutecznie próbować odkleić się od czegokolwiek czego właśnie dotykali: stołów, krzeseł, podłogi i siebie nawzajem. Spod kaptura postaci w rogu , pośród jego czarnej brody widać lekki uśmiech. Po tym udanym rzucie odłożył torbę i siadł do przerwanego piwa. Jest on alchemikiem lotosu, a fiolka zawierała magiczną substancję błyskawicznie łączącą wszystkie powierzchnie. Na szczęście klej szybko się rozpuszcza i już po chwili większość ofiar zostaje uwolniona. Nikt jednak nie ma już ochoty kontynuować atrakcji wieczoru i większość udaje się do swoich łóżek.

- Muszę podziękować za twoją pomoc, Hoplito – zwróciła się do niego blond włosa piękność. – Kto wie, co z nami zrobiliby ci nieokrzesańcy, gdyby nie twoja interwencja.
Dwie kobiety przysiadły się do tria mężczyzn, gdy tylko obsługa uporała się z uporządkowaniem krzeseł.
- Jestem Navaria Saviana Vrissaril, a to moja towarzyszka, Ashtariae.
Nim któryś z trójki zdążył odwzajemnić uprzejmości, nad ich stołem rozległ się basowy głos.
- A ja jestem Nanoc, Niszczyciel. Mogliście usłyszeć to imię krzyczane przez tłumy na arenach od Tricarni aż po Caldeię.
Półnagi barbarzyńca następnie dosiadł się do nich. Ława ugięła się pod ciężarem jego umięśnionego ciała.
- A wy jesteście ostatnimi, którzy tu piją. – Najwyraźniej postanowił zignorować dwie pozostałe osoby w zajeździe. Tajemniczego alchemika w rogu i Valkirię nalewającą sobie piwo przy kontuarze.
Hoplita odpowiedział Navarii i Ashtarie ignorując Nanova.
- Nazywam się Remleus, a ogólnie to moi towarzysze Vojto Kristophos i Szczerbata Czaszka.

Karczmarz wyszedł z kuchni, gdzie właśnie skończył przygotowywać ciasto na poranny chleb. Nie spodziewał się nikogo zastać na sali, ale pewnie ostatecznie sam był sobie winien. Dzięki interwencji alchemika lotosu straty po bójce były tak niskie, że karczmarz z radości postanowił ofiarować mu dzban piwa. Alchemik pił na tyle wolno, że chyba miał zamiar, aby wystarczył mu on do samego rana. Najwyraźniej wolał ławę przy kominku niż łoże we wspólnej sali. Był to wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna. Siedząc lekko się garbił, przez co jego twarzy była jeszcze głębiej skryta pod kapturem czerwonego płaszcza. Nosił gęstą czarną brodę, a jego oczy były niczym dwie krople smoły. Przy jego krześle leżała brązowa skórzana torba inkrustowana w delikatny geometryczny wzór. Był to znak jego profesji zawierający składniki i urządzenia do produkcji eliksirów, olejów i maści z Lotosu.
Karczmarz równie nieopatrznie obiecał Valce, że jeśli dojdzie do burdy to nie tylko jej dług zostanie spłacony, ale jeszcze będzie mogła pić do woli tego wieczoru. Zrobił to, bo kobieta trochę go przerażała. Jak się okazuje miała mocniejszą głowę niż się spodziewał. Valkiria wciąż miała na sobie swój skórzany pancerz. Długie proste włosy rozpuściła po pracy i teraz spływały na jej ramiona niczym srebrny wodospad. Jej karnacja należała do typowej dla jej ludu. Mieszanina ciemnej i żółtej skóry, a do tego lekko skośne oczy. Były duże i miały szary kolor z plamkami złota.
Być może jednak karczmarz odbije sobie to na uczciwych klientach. Wciąż sześcioosobowa grupa czekała na obsługę przy jednym ze stolików. Z mieszaniną chęci zysku i zmęczenia podszedł do nich, aby zapytać czego sobie życzą.

Danima i Jarra przeszły długą drogę. Świt już się zbliżał, a niebo z czarnego przybierało szarą barwę, gdy w końcu ujrzały zabudowania Złotej Przystani. Danima w duchu odetchnęła z ulgą. Grymas Jarry z kolei stał się bardziej ponury.
Obie kobiety były diametralnie różne od siebie. Danima przeżyła już ponad trzydzieści zim i było widać to na jej wysmaganej wiatrem i spieczonej słońcem twarzy. Garbiła się lekko przez co wydawała się jeszcze niższa i bardziej krępa niż naprawdę była. Ciemne i długie włosy chowała pod szarą chustą. Jej suknia była równie bezbarwna, a swoje stopy schowała w brązowe mokasyny.
Jarra widziała prawie dwa razy mniej wiosen niż jej towarzyszka. Włosy o kolorze złota miała krótkie i przepasane błękitną opaską. Jej okrągła twarz była gładka i naznaczona tylko dołeczkami przy uśmiechu. Nosiła biało niebieską tunikę i sandały. Nawet zmęczona po długim marszu wyglądała uruczo i ślicznie.
- Powinnyśmy zatrzymać się na śniadanie – głos Jarry był słaby i zmartwiony. – O tej godzinie i tak nikogo nie znajdziemy.
- Nie – Danima odpowiedziała bez emocji. – Im wcześniej dotrzemy, tym lepsze mamy szanse.
Bez dalszej dyskusji zeszły ze wzgórza na drogę i do znajdującej się po drugiej stronie karczmy.

Gdy wchodzisz do karczmy zaraz po świcie i jest tam ktoś z połową kufla piwa, to zawsze pojawia się pytanie: czy to jeszcze kolacja, czy już śniadanie?

Jarra stanęła przy drzwiach, jednak Danima ruszyła w stronę pijącej grupy sześciu osób. Lepiej było zwerbować szóstkę pijaków, niż ponownie wrócić samotnie do Gallan. Przy stole były dwie kobiety. Obie wyglądały na arystokratki. Nie interesowały jej, ale nie dało się ich przeoczyć. Nevaria miała włosy o kolorze białego złota i duże zielone oczy. Ubrana była w nie więcej niż trzy chusteczki okrywające jej intymność i komplet delikatnej biżuterii. Jej perlisty śmiech roznosił się po sali. Obok niej siedziała Ashtariae. Była tylko trochę bardziej odziana w zwiewną czarną szatę. Jednak siedząc przyjęła wyzywającą pozę. “Eksponując i nie pokazując” na tyle na ile tylko to możliwe. Kasztanowe włosy spływały na jej ramiona, a ciemne i duże oczy rzucały powłóczyste spojrzenia na półnagiego barbarzyńcę siedzącego obok niej.
Ten z kolei nic sobie z tego nie robił pijąc i głośno śmiejąc się z ostatniego żartu Nevariiz c. Był Nordem z północy i za nic miał subtelności cywilizowanego flirtu. Jego potężne mięśnie ramion i torsu pokrywały niebieskie tatuaże plemienne i liczne blizny. Nanoc na arenach Faberrtery zwany był Niszczycielem, a w jej nocnych lokalach Poskromicielem. Rzadko okrywał swe ciało czymś więcej niż skórzaną przepaską biodrową. Długie brązowe włosy nosił rozpuszczone, ale gdy spodziewał się kłopotów zbierał je pod opaską splecioną z rzemieni ozdobioną gładkimi kamieniami pod kolor jego piwnych oczu. Danima była pod wrażeniem stojącego obok barbarzyńcy kafara bojowego. Był on ogromny i wykonany z grubego trzonu z czarnego drewna i żelaznego podwójnego bijaka ukruszonego w kilku miejscach. Wydawało się jej, że tylko ktoś o legendarnej sile herosów z pieśni mógłby nieść coś takiego do walki.
Mimo że ta trójka była imponująca, a Nanoc byłby z pewnością przydatny dla jej sprawy, to Danimę zainteresowała bardziej pozostała trójka w pełni odzianych mężczyzn. Dwóch z nich nosiło skóry. Vojto Krisophos wyprawiony pancerz, którego paski były poluzowane. Pod nim nosił białą koszulę i gładkie czarne spodnie. Danima stwierdziła, że był przystojny. Kasztanowe krótkie włosy, równo przystrzyżona włosa i ułożone wąsy dodawały jego gładkiej twarzy męskości. Tylko jasno niebieskie oczy nie podobały się doświadczonej wieśniaczce. Były to oczy tego typu handlarzy, którzy zawsze próbowali wyskrobać z ugody coś więcej dla siebie lub mniej dla drugiej strony.
Szczerbata Czaszka, człowiek z Kurhanów, miał na sobie czarne skóry niewyprawione i powiązane rzemieniami. Ostre rysy twarzy podkreślały białe barwy, a oczy wydawały się czarnymi studniami. Na stole przed nim leżał żółtawy stary czerep. Na początku Danima myślała, że jest to jego kielich, ale w pewnym momencie mężczyzna podniósł go i zamiast się napić szepnął do niej parę słów. To właśnie z tego zwyczaju śmiali się Navaria i Nanoc, za nic mając czarnoksięstwo, na które wskazywał ten zwyczaj. Wieśniaczka, jak każda prosta kobieta, znała magię tylko z opowieści i bała się jej. Jednak w tych rozpaczliwych czasach nie odrzuciłaby jego pomocy.
Nareszcie jej oczy spoczęły na wojowniku, którego szukała. Kobieta nie rozpoznała metalu, z którego była wykonana jego zbroja. Mylnie wzięła go za żelazo, ale i tak zrobiło to na niej wrażenie. Pancerz był skromny, ale dobrze utrzymany. Napierśnik odbijał światło świec z prawie tą samą siłą z jaką na niego padało. Rzemienie trzymające naramienniki i nagolenniki były poluzowane, ale wyglądały na nowe i poprawnie nasmarowane. Czerwone frędzle i pióropusz były nienaruszone i wszystkie na miejscu. Pod pancerzem jego tunika była perliście biała. Jednak najbardziej imponujące było to, czego Danima nie rozpoznała. Jego pancerz i tarcza wykonane były ze stali. Ten stop metali potrafili wykonać tylko kapłani Boga Kowala u szcytu Imperium. Teraz jednak to rzemiosło, jak wiele innych, zostało zapomniane.
Prawda o Remleusie, weteranie IX Żelaznej Falangi, i jego nieskazitelnym wyglądzie przedstawiała się trochę, choć nie dużo gorzej, niż to ujrzały zdesperowane oczy Danimy. Gallan, rodzinna wioska obu wieśniaczek, który przybyły tego ranka do Złotej Przystani, zajazdu na skrzyżowaniu Żelaznego Traktu i Imperialnej Drogi, potrzebowała jednak idealnego Hoplity i takim dla niej stał się Remleus.

View
Barbarzyńcy się spotykają

Jak wszystkie przygody, nasza historia zaczyna się, gdy jej bohaterowie nie wiedzą, że się zaczyna. Dla nich może to być kolejny wieczór ich normalnego życia. Rzecz ma się jednak tak, że… aha, no cóż sami zobaczcie.

W miejscu gdzie Imperialna Droga wpada do Żelaznego Traktu panuje bezustanny ruch. Skrzyżowanie to łączy trzy ogromne ośrodki miejskie. Od zachodu, za Żelazną przełęczą – Faberterrę. Od południa – Ekul. I od północy – Jalizzar. Na wschód od tego skrzyżowania znajduje się Zandor. Jeszcze sto lat temu mogłaby to być część cywilizowanego świata, jednak od najazdu Valków większe osiedla opustoszały, pozostałe ludy zamieszkujące te tereny wróciły do pierwotnych zwyczajów. Jednak na skrzyżowaniu wspomnianych dróg stoi, jak najbardziej Imperialna i cywilizowana karczma.
Jest to doskonale utrzymany przybytek o nieposzlakowanej reputacji i ustanowionej liście stałych klientów. Choć już od dekad nie był on celem ataków bandytów, to wciąż utrzymuje w nienagannym stanie prawie dwumetrowy kamienny mur. Wewnątrz niego znajdują się oczywiście stajnia mieszcząca ponad trzydzieści koni i wozownia na niecałe dwa tuziny powozów. Jest tam również kuźnia, Imperialna poczta, pomniejszy dom wag i stanica Imperialnych strażników dróg. Wszystkie te przybudówki są przytłoczone przez centralny budynek. Złota przystań jest bowiem trzypiętrowym kolosem na planie kwadratu o kamiennej podbudówce. Najwyższe piętro jest oczywiście zarezerwowane dla najlepiej płacących. Na drugim również znajdują się pokoje. Choć mniejsze i gorzej wyposażone, to jednak równie czyste i zadbane. Pierwsze piętro to wspólna sala. Ku zgrozie wielu, którzy spędzili wieczór na ostrej popijawie, nie śpi się tam na podłodze, ale na piętrowych łóżkach. Oczywiście miejsca dla tych, którzy już po drabince nie dają rady się wspiąć znajdują się przy kominku na parterze lub w stajniach, jeśli wcześniej pokalali oni swoją godność.
Początek lata u stóp Żelaznych Gór sprawia, że pogoda jest kapryśna. Tego wieczoru jest ciepło i wilgotno, co zwiastuje burzę. Złota Przystań jest pełna aż po brzegi. Główną salę wypełnia radosny gwar i śmiech klientów. Choć w środku jest nieznośnie gorąco i duszno, to wszyscy wolą to niż towarzystwo krwiożerczych komarów i parujący od gorąca smród ze stajni. Większość tłumu, to obsługi karawan kupieckich – twardzi mężczyźni, o prostych potrzebach. Kilka jednak osób wyróżnia się z tłumu.
W kącie siedzi mężczyzna w błyszczącej zbroi. Jego tarcza i włócznia – znaki hoplity Żelaznej Falangi – są oparte o ścianę obok. Towarzyszy mu dwóch zupełnie innych typów. Jeden wyraźnie pochodzi z Ludu Kurhanów. Gdyby jego wygląd i ubranie o tym nie świadczyły, to zwyczaj rozmawiania z czaszką wskazywałby na to, że jest czarnoksiężnikiem. Drugi, ubrany w wygodny strój podróżny, nie wydaje się wyróżniać z tłumu. Widać jednak, że zachowuje czujność. Mimo spokoju na sali, jego oczy wciąż błądzą. Prawdopodobnie w poszukiwaniu zbyt ciężkich mieszków. To nie jest trio, z którym ktokolwiek z obecnych chciałby zadrzeć.
W Zandorze Valkowie nie są rzadkim widokiem. Jednak samotna kobieta z tego ludu wzbudza podejrzenie. Zwłaszcza jeśli odpracowuje w kuchni swój wikt i opierunek. Kto wie co, czi sie w jej przeszłości i przyszłości. Może została wygnana za jakąś zbrodnię. Może jednak jest na misji od swojego wodza lub króla. Lub podróżuje w głąb Imperium w poszukiwaniu zemsty.
Kolejną postacią wyróżniającą się z tłumu jest półnagi barbarzyńca. Wygląda na mężczyznę z plemienia Nordów. Wybrał stolik poganiaczy mułów, którzy wydawali się pić najciężej i jeść najwięcej. Nie mieli oni dość odwagi, żeby mu odmówić, ale nie żałowali tej decyzji później.
Uważny obserwator zauważy też, że tłum zachowuje się inaczej wokół jednego ze stolików na sali. Zupełnie jakby wszyscy starali się go omijać z daleka. Tam, przy zgaszonych świecach i okryty kapturem siedzi tajemnicza postać. Nikt nie śmie nawet zgadywać, kim on jest.
Jednak tego wieczoru, mimo tych wszystkich osobistości na sali, wzrok mężczyzn przyciąga para zajmująca jeden z małych stolików w centrum sali. Ich piękno oraz wyszukane stroje bardziej pasują do bogatych kupieckich domów lub arystokratycznych pałaców. Mimo że każdy chciałby spędzić z nimi choć chwilę, to nikt nie ma odwagi do nich podejść. Jak jeden mąż przechwalają się, że zaraz to zrobią i od jednego “założę się, że nie” do kolejnego “jesteś tchórzem” i “ty pierdoło”, pięści idą w ruch.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.