Legendy Magii Cienia

Zguba wioski Gallan

Niegdyś Żelazne Imperium rozciągało się poprzez wszystkie zakątki znanych Krain Morza Grozy. Poza jego granicami znajdowały się tylko nieznane ziemie, nie warte uwagi cywilizowanego świata. Zandor był jego częścią, jednak teraz czasy się zmieniły, Imperium rozpadało się, a wielka prowincja padła łupem Valków, nomadycznych plemion z bezkresnych stepów. Ich inwazja załamała się i pozostawiła tereny na wschód od Żelaznych Gór praktycznie bez władzy. Wiele wiosek i osiedli ludzi cywilizowanych zostało porzuconych, a ich mieszkańcy ruszyli w poszukiwaniu lepszego życia bliżej Faberterry, centrum świata. niektórzy jednak zostali zadowoleni, że imperialni poborcy podatkowi, ani łupieżcy Valków ich już nie nękają.
Gallan przez chwilę prosperowała lepiej niż jej najstarsi mieszkańcy pamiętali. Ze zbiorów pozostawało im więcej niż mogli zużyć lub zaoszczędzić, a kupcy oferowali im lepsze ceny, gdy nie mieli na głowie podatku i cła Imperialnego. Szybko jednak zrozumieli, że ich podatki nie szły na marne. Pierwsze grupy bandytów pojawiły się i zaczęły zdzierać z nich więcej niż Imperator kiedykolwiek chciałby zażądać od tak małej wioski. Zabierali im ciężko zarobione pieniądze i większą część zbiorów i hodowli. Dla mieszkańców Gallan nastały ciężkie czasy, ale nic nie przygotowało ich na nadejście Napiętnowanych Diabłów.

Danima obudziła się wcześnie i wyszła zająć się swoją Mućką. Jej mąż poszedł do studni po wodę, aby mogła ugotować owsiankę na śniadanie. Słońce dopiero co wstawało osrebrzając zielone wzgórza. Jej córka i zięć od wczoraj nie wrócili z polowania. Jarra, dziewczyna z sąsiedztwa, tuliła jej wnuczkę i nuciła jej. Osesek płakał. Gdyby nie to Danima wcześniej usłyszałaby stukot kopyt czarnych rumaków Napiętnowanych diabłów.
Zobaczyła ich po raz pierwszy spoglądając na drogę spod krowiego brzucha: grupę jeźdźców w czarnych żelaznych pancerzach. Ich głowy osłaniały hełmy o przyłbicach wyrzeźbionych w ohydne podobieństwa demonów i zwieńczone spiralnymi rogami baranów. Ich konie były czarne. Od razu jednak rzuciło jej się w oczy, że niektóre z nich były tylko tak zabarwione mułem z Gorczyki, rzeki płynącej w stronę Jalizzaru.
W tym momencie uświadomiła sobie, że minął ponad tydzień od końca żniw i jesień wkradła się w życie mieszkańców Gallan, a ich poprzedni ciemiężcy nie przybyli po swoją część. Potarła pomarszczone czoło dłońmi wciąż tłustymi od wymion Mućki. Czekała ją kolejna trudna rozmowa. Będzie usłużna i powie, że oddadzą wszystko, tylko by ich zostawili w spokoju. Potem powie, że lepiej będzie, jeśli pozwolą im zatrzymać dość, aby mogli przeżyć. Po dyskusji o tym ile dokładnie wieśniacy z Gallan potrzebują w końcu nowi ciemiężcy odejdą zadowoleni, że nie musieli się napracować dla swoich łupów.
Nie spodziewała się, że nic nie będzie już takie samo.

Na środku ich wsi obok spichlerza stała ogromna wieża ciśnień – przeżytek starego Imperium. To w jej cieniu stanęła Danima i inni starsi wioski, aby rozmawiać z Napiętnowanymi Diabłami. Było ich więcej niż którychkolwiek z innych bandyckich grup. Prawie czterdziestu jeźdźców. Ich dudniące głosy rozniosły się po całej wiosce, a ich żądania były przerażające i nie do zaakceptowania. Nie chcieli Srebrnych Księżyców, ani części zbiorów, nie chcieli nawet chaty pełnej najpiękniejszych dziewcząt z Gallan, ani alkoholu z krzewu pijanicy. Napiętnowane Diabły przedstawiły się. Zaraz po tym zabiły dwójkę mężczyzn stojących przed Danimą. Zanim zdążyła zrozumieć co się stało, jeden z Diabłów przemówił.
- Połowa waszych mężczyzn zdolnych do pracy pójdzie z nami – jego głos był zniekształcony przez maskę. Nastąpiła długa pauza. – Albo połowa waszych kobiet zginie.
Kolejna para mężczyzn zginęła zanim starszyzna Gallan zgodziła się na propozycję Diabłów. Było losowanie – biały kamień był szczęśliwy, a czarny nie. Ostatecznie nikt nie stawiał oporu większego niż płacz kobiet i dzieci. Napiętnowane Diabły wywiozły połowę mężczyzn, w tym męża Danimy, o świcie następnego dnia. Kończyła doić Mućkę obserwując jego owłosione plecy wleczone za koniem jednego z Napiętnowanych Diabłów. Nie była w stanie zrobić nic więcej niż podjąć rutynę swojego życia i pomyśleć: “To tyle. To będzie dobry rok po tym wszystkim. Musi być.”

Wkrótce musiała zmienić zdanie. Jej córki i zięcia nie znaleziono. Albo nie żyli albo zostali zabrani z mężczyznami.
Tydzień później napiętnowane diabły wróciły. Tym razem zabrały konie i woły, żywność i wozy z beczkami z wodą. Na koniec odkryły zapas jagód Pijanicy. Dudniącymi głosami obwieściły, że wrócą za pięć dni, jagody i wóz z wodą mają być gotowe, a do tego reszta mężczyzn.
Starszyzna omówiła sprawę i postanowiła wysłać Danimę i Omera do Złotej Przystani i zdobyć pomoc od strażników dróg lub jakiegoś kupca, który użyczyłby im swoich ochroniarzy. Omer od razu stwierdził, że to się nigdy nie stanie, ale poszedł mimo to.
Nie udało się. Nikt nawet chciał ich wysłuchać.
Wrócili i razem z resztą przygotowali się na koniec wyznaczonego im czasu. Napiętnowane Diabły przybyły i zabrały pijanicę, wodę i mężczyzn. Przez chwilę kobiety stały z mieszaniną ulgi, że to już koniec i strachu o przyszłość. Oprawcy wioski Gallan zmiażdżyli obie te emocje. Ich dudniące głosy zapowiedziały, że wrócą za tydzień i zabiorą wszystkie kobiety. To miał być koniec wioski Gallan.

- Mówiłam, że to będzie nudna historia – podsumowała Nevaria.
- Ale przyszłaś tu. Co się zmieniło? – Remleus miał ton pozbawiony emocji. “Żołnierz zbierający informację przed bitwą,” pomyślała Danima.
- Jeśli jest łomot do spuszczenia, to wchodzę w to – Nanoc był bardziej niż lekko pijany, więc jego słowo niewiele znaczyło. Druga osoba, która się odezwała również nie wzbudziła wiele zaufania.
- Pomogę wam – Nonariel od jakiegoś już czasu stała oparta o ścianę przy ich stoliku sącząc piwo. Mieszkańcy Zandoru za dobrze jeszcze pamiętali najazdy Valków, aby Danima chciała zaprowadzić srebrzysto-włosą Valkirię do swojej wioski. Odpowiedziała tylko Hoplicie.
- Zebrałyśmy trochę pieniędzy i kosztowności – wyraz wstydu na jej twarzy sugerował, że mieszek choć sporawy nie zawierał wielkiej wartości.
Vojto pochwycił go i otworzył. Z zaskoczeniem wysypał go na stół. Szybko odrzucił na bok kilka rzeczy i monet, a resztę zrzucił na podłogę.
- Koło stówy może tu być – stwierdził profesjonalnym tonem rzeczoznawcy i najwyraźniej stracił zainteresowanie sprawą.
- To nie warte szwędania się po zadupiach Zandoru – dodał Szczerbata Czaszka.
- Ja za to pomogę za sto srebrnych księżyców – kolejna postać wyłoniła się z cieni karczmy. To był Alchemik w swoim czerwonym płaszczu.
Danima oceniała swoje szanse. Arystokratki wyraźnie nie miały zamiaru pomóc, ale równie dobrze zrozumiała, że Remleus im nie służy. Trzy osoby – barbarzyńca, Valkiria i Alchemik – zgodziły się pomóc. Ale to były nie właściwe osoby. Dwaj towarzysze Hoplity nie zgodzili się, a to przesądzało sprawę.
Remleus patrzył na nią spokojnie. Jego brązowe włosy były oklapłe od potu – poranek był parny i zapowiadał burzę. Pierwsze ślady zarostu pojawiły się na jego twarzy, a nieprzespana noc odbijała się pod jego oczami. Zielone, kolor nadziei. Jednak powolny ruch jego głowy prawie pozbawił ją nadziei. Tym razem jednak nie przybyła tutaj, aby odnieść kolejną porażkę.
Jarra dotychczas stała przy drzwiach starając się nie rzucać w oczy. Była zgarbiona i cicha. Z łzami w oczach przysłuchiwała się słowom Danimy. Teraz na jej skinienie podeszła do stołu, przy którym siedziało już wszystkich ośmioro porannych klientów Złotej Przystani. Stanęła przed nimi ze spuszczoną głową. Danima podniosła jej podbródek.
Vojto rozpoznał ten ruch. Na targach Jalizzaru tak właśnie prezentowali niewolników na sprzedaż. Zazwyczaj jednak byli mniej delikatni i używali trzonku bicza do tego. Zrozumiał jej ofertę natychmiast. W jakimś odruchu postanowił oszczędzić Danimie wstydu składania jej.
- To już może się opłacać – zwrócił się do Szczerbatej Czaszki. – Możemy za nią dostać dwa tysiące. Cztery, jeśli jest dziewicą.
Jego ton rzeczoznawcy nie od razu dał wszystkim do zrozumienia o co chodzi. Danima jednak nie zaprzeczyła jego słowom. Pierwsza odezwała się Ashtariae.
- Przydałaby nam się niewolnica.
Navaria potwierdziła skinieniem głowy.
Danima zrozumiała, że zdobyła już prawie wszystkich. Wyraz twarzy Remleusa stwardniał jednak, a jego głowa opadła. Do obrony wioski nie potrzeba było losowej zbieraniny siedmiu pijaczków, niezależnie jak groźnie wyglądali. Kobiety z Gallan potrzebowały żołnierza z prawdziwego zdarzenia, potrzebowała kogoś, kto da im nadzieję i poprowadzi przeciwko zastępom Napiętnowanych Diabłów. Bez Hoplity wszystko było stracone.

View
Bijatyka

Bójka rozlewa się po karczmie tak samo szybko jak, jej pierwsza ofiara – kufel cienkiego piwa po stole. Znudzeni poganiacze mułów dołączają do niej ochoczo pod przewodnictwem półnagiego barbarzyńcy. Nord łapie pierwszych dwóch klientów dotychczas złączonych w zapaśniczym uścisku i zderza ich głowami rechocząc głośno. Stojący po drugiej stronie stołu mężczyzna ciska w niego kuflem. Nie trafia. Trunek oblewa tłum a naczynie rozbija nakrycia na stole hoplity i jego towarzyszy. Żołnierz podrywa się na równe nogi chwytając za swoją tarczę. Przezornie zostawia włócznię w spokoju. Czarnoksiężnik z Ludu Kurhanów chyżo chowa się za nim, zaś Jalizzarski złodziej, jak zawsze dostrzegając okazję dla swojego fachu, ostrożnie rusz w poszykiwaniu łatwych łupów.
Obsługa jest doskonale przygotowana na ewentualność karczemnej burdy. Nawet pracująca tymczasowo Valka dostaje do ręki drewnianą pałkę i zabiera się do przerzedzania obrzeży ciżby precyzyjnymi ciosami w potylicę. Mimo to burda trwa w najlepsze. Kufle, talerze i misy idą w drzazgi. Krzesła walają się po ziemi. Stoły przezornie zostały przybite do ziemi i tylko jeden z nich poddaje się pod siłą mięśni potężnego Norda i zostaje użyty do przewrócenia trzech mężczyzn.
Dwóch pozornie splecionych ze sobą poganiaczy mułów zbliża się do piękności, które są przyczyną tego zamieszania. Obie mają figlarne uśmiechy na ustach i napawają się obserwacją tak mało spotykanego dla nich elementu folklor. Mężczyźni rozplątują się zaraz przed ich stolikiem i ruszają, aby przynajmniej na chwilę pochwycić te idealne krągłości w swe dłonie. Jednak jeden z nich z całym impetem uderza czołem w tarczę, a drugi rozciąga się na ziemi podcięty nogą w stalowym nagolenniku. Pewnie więcej z nich wpadłoby na ten pomysł i stalowe pięści hoplity, obrońcy niewiast w potrzebie, miałyby sporo roboty, ale w tym momencie rozlega się głośny trzask.
Gliniana fiolka rozbija się o strop. Wszyscy uczestnicy bójki nagle zatrzymują się i zaczynają bezskutecznie próbować odkleić się od czegokolwiek czego właśnie dotykali: stołów, krzeseł, podłogi i siebie nawzajem. Spod kaptura postaci w rogu , pośród jego czarnej brody widać lekki uśmiech. Po tym udanym rzucie odłożył torbę i siadł do przerwanego piwa. Jest on alchemikiem lotosu, a fiolka zawierała magiczną substancję błyskawicznie łączącą wszystkie powierzchnie. Na szczęście klej szybko się rozpuszcza i już po chwili większość ofiar zostaje uwolniona. Nikt jednak nie ma już ochoty kontynuować atrakcji wieczoru i większość udaje się do swoich łóżek.

- Muszę podziękować za twoją pomoc, Hoplito – zwróciła się do niego blond włosa piękność. – Kto wie, co z nami zrobiliby ci nieokrzesańcy, gdyby nie twoja interwencja.
Dwie kobiety przysiadły się do tria mężczyzn, gdy tylko obsługa uporała się z uporządkowaniem krzeseł.
- Jestem Navaria Saviana Vrissaril, a to moja towarzyszka, Ashtariae.
Nim któryś z trójki zdążył odwzajemnić uprzejmości, nad ich stołem rozległ się basowy głos.
- A ja jestem Nanoc, Niszczyciel. Mogliście usłyszeć to imię krzyczane przez tłumy na arenach od Tricarni aż po Caldeię.
Półnagi barbarzyńca następnie dosiadł się do nich. Ława ugięła się pod ciężarem jego umięśnionego ciała.
- A wy jesteście ostatnimi, którzy tu piją. – Najwyraźniej postanowił zignorować dwie pozostałe osoby w zajeździe. Tajemniczego alchemika w rogu i Valkirię nalewającą sobie piwo przy kontuarze.
Hoplita odpowiedział Navarii i Ashtarie ignorując Nanova.
- Nazywam się Remleus, a ogólnie to moi towarzysze Vojto Kristophos i Szczerbata Czaszka.

Karczmarz wyszedł z kuchni, gdzie właśnie skończył przygotowywać ciasto na poranny chleb. Nie spodziewał się nikogo zastać na sali, ale pewnie ostatecznie sam był sobie winien. Dzięki interwencji alchemika lotosu straty po bójce były tak niskie, że karczmarz z radości postanowił ofiarować mu dzban piwa. Alchemik pił na tyle wolno, że chyba miał zamiar, aby wystarczył mu on do samego rana. Najwyraźniej wolał ławę przy kominku niż łoże we wspólnej sali. Był to wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna. Siedząc lekko się garbił, przez co jego twarzy była jeszcze głębiej skryta pod kapturem czerwonego płaszcza. Nosił gęstą czarną brodę, a jego oczy były niczym dwie krople smoły. Przy jego krześle leżała brązowa skórzana torba inkrustowana w delikatny geometryczny wzór. Był to znak jego profesji zawierający składniki i urządzenia do produkcji eliksirów, olejów i maści z Lotosu.
Karczmarz równie nieopatrznie obiecał Valce, że jeśli dojdzie do burdy to nie tylko jej dług zostanie spłacony, ale jeszcze będzie mogła pić do woli tego wieczoru. Zrobił to, bo kobieta trochę go przerażała. Jak się okazuje miała mocniejszą głowę niż się spodziewał. Valkiria wciąż miała na sobie swój skórzany pancerz. Długie proste włosy rozpuściła po pracy i teraz spływały na jej ramiona niczym srebrny wodospad. Jej karnacja należała do typowej dla jej ludu. Mieszanina ciemnej i żółtej skóry, a do tego lekko skośne oczy. Były duże i miały szary kolor z plamkami złota.
Być może jednak karczmarz odbije sobie to na uczciwych klientach. Wciąż sześcioosobowa grupa czekała na obsługę przy jednym ze stolików. Z mieszaniną chęci zysku i zmęczenia podszedł do nich, aby zapytać czego sobie życzą.

Danima i Jarra przeszły długą drogę. Świt już się zbliżał, a niebo z czarnego przybierało szarą barwę, gdy w końcu ujrzały zabudowania Złotej Przystani. Danima w duchu odetchnęła z ulgą. Grymas Jarry z kolei stał się bardziej ponury.
Obie kobiety były diametralnie różne od siebie. Danima przeżyła już ponad trzydzieści zim i było widać to na jej wysmaganej wiatrem i spieczonej słońcem twarzy. Garbiła się lekko przez co wydawała się jeszcze niższa i bardziej krępa niż naprawdę była. Ciemne i długie włosy chowała pod szarą chustą. Jej suknia była równie bezbarwna, a swoje stopy schowała w brązowe mokasyny.
Jarra widziała prawie dwa razy mniej wiosen niż jej towarzyszka. Włosy o kolorze złota miała krótkie i przepasane błękitną opaską. Jej okrągła twarz była gładka i naznaczona tylko dołeczkami przy uśmiechu. Nosiła biało niebieską tunikę i sandały. Nawet zmęczona po długim marszu wyglądała uruczo i ślicznie.
- Powinnyśmy zatrzymać się na śniadanie – głos Jarry był słaby i zmartwiony. – O tej godzinie i tak nikogo nie znajdziemy.
- Nie – Danima odpowiedziała bez emocji. – Im wcześniej dotrzemy, tym lepsze mamy szanse.
Bez dalszej dyskusji zeszły ze wzgórza na drogę i do znajdującej się po drugiej stronie karczmy.

Gdy wchodzisz do karczmy zaraz po świcie i jest tam ktoś z połową kufla piwa, to zawsze pojawia się pytanie: czy to jeszcze kolacja, czy już śniadanie?

Jarra stanęła przy drzwiach, jednak Danima ruszyła w stronę pijącej grupy sześciu osób. Lepiej było zwerbować szóstkę pijaków, niż ponownie wrócić samotnie do Gallan. Przy stole były dwie kobiety. Obie wyglądały na arystokratki. Nie interesowały jej, ale nie dało się ich przeoczyć. Nevaria miała włosy o kolorze białego złota i duże zielone oczy. Ubrana była w nie więcej niż trzy chusteczki okrywające jej intymność i komplet delikatnej biżuterii. Jej perlisty śmiech roznosił się po sali. Obok niej siedziała Ashtariae. Była tylko trochę bardziej odziana w zwiewną czarną szatę. Jednak siedząc przyjęła wyzywającą pozę. “Eksponując i nie pokazując” na tyle na ile tylko to możliwe. Kasztanowe włosy spływały na jej ramiona, a ciemne i duże oczy rzucały powłóczyste spojrzenia na półnagiego barbarzyńcę siedzącego obok niej.
Ten z kolei nic sobie z tego nie robił pijąc i głośno śmiejąc się z ostatniego żartu Nevariiz c. Był Nordem z północy i za nic miał subtelności cywilizowanego flirtu. Jego potężne mięśnie ramion i torsu pokrywały niebieskie tatuaże plemienne i liczne blizny. Nanoc na arenach Faberrtery zwany był Niszczycielem, a w jej nocnych lokalach Poskromicielem. Rzadko okrywał swe ciało czymś więcej niż skórzaną przepaską biodrową. Długie brązowe włosy nosił rozpuszczone, ale gdy spodziewał się kłopotów zbierał je pod opaską splecioną z rzemieni ozdobioną gładkimi kamieniami pod kolor jego piwnych oczu. Danima była pod wrażeniem stojącego obok barbarzyńcy kafara bojowego. Był on ogromny i wykonany z grubego trzonu z czarnego drewna i żelaznego podwójnego bijaka ukruszonego w kilku miejscach. Wydawało się jej, że tylko ktoś o legendarnej sile herosów z pieśni mógłby nieść coś takiego do walki.
Mimo że ta trójka była imponująca, a Nanoc byłby z pewnością przydatny dla jej sprawy, to Danimę zainteresowała bardziej pozostała trójka w pełni odzianych mężczyzn. Dwóch z nich nosiło skóry. Vojto Krisophos wyprawiony pancerz, którego paski były poluzowane. Pod nim nosił białą koszulę i gładkie czarne spodnie. Danima stwierdziła, że był przystojny. Kasztanowe krótkie włosy, równo przystrzyżona włosa i ułożone wąsy dodawały jego gładkiej twarzy męskości. Tylko jasno niebieskie oczy nie podobały się doświadczonej wieśniaczce. Były to oczy tego typu handlarzy, którzy zawsze próbowali wyskrobać z ugody coś więcej dla siebie lub mniej dla drugiej strony.
Szczerbata Czaszka, człowiek z Kurhanów, miał na sobie czarne skóry niewyprawione i powiązane rzemieniami. Ostre rysy twarzy podkreślały białe barwy, a oczy wydawały się czarnymi studniami. Na stole przed nim leżał żółtawy stary czerep. Na początku Danima myślała, że jest to jego kielich, ale w pewnym momencie mężczyzna podniósł go i zamiast się napić szepnął do niej parę słów. To właśnie z tego zwyczaju śmiali się Navaria i Nanoc, za nic mając czarnoksięstwo, na które wskazywał ten zwyczaj. Wieśniaczka, jak każda prosta kobieta, znała magię tylko z opowieści i bała się jej. Jednak w tych rozpaczliwych czasach nie odrzuciłaby jego pomocy.
Nareszcie jej oczy spoczęły na wojowniku, którego szukała. Kobieta nie rozpoznała metalu, z którego była wykonana jego zbroja. Mylnie wzięła go za żelazo, ale i tak zrobiło to na niej wrażenie. Pancerz był skromny, ale dobrze utrzymany. Napierśnik odbijał światło świec z prawie tą samą siłą z jaką na niego padało. Rzemienie trzymające naramienniki i nagolenniki były poluzowane, ale wyglądały na nowe i poprawnie nasmarowane. Czerwone frędzle i pióropusz były nienaruszone i wszystkie na miejscu. Pod pancerzem jego tunika była perliście biała. Jednak najbardziej imponujące było to, czego Danima nie rozpoznała. Jego pancerz i tarcza wykonane były ze stali. Ten stop metali potrafili wykonać tylko kapłani Boga Kowala u szcytu Imperium. Teraz jednak to rzemiosło, jak wiele innych, zostało zapomniane.
Prawda o Remleusie, weteranie IX Żelaznej Falangi, i jego nieskazitelnym wyglądzie przedstawiała się trochę, choć nie dużo gorzej, niż to ujrzały zdesperowane oczy Danimy. Gallan, rodzinna wioska obu wieśniaczek, który przybyły tego ranka do Złotej Przystani, zajazdu na skrzyżowaniu Żelaznego Traktu i Imperialnej Drogi, potrzebowała jednak idealnego Hoplity i takim dla niej stał się Remleus.

View
Barbarzyńcy się spotykają

Jak wszystkie przygody, nasza historia zaczyna się, gdy jej bohaterowie nie wiedzą, że się zaczyna. Dla nich może to być kolejny wieczór ich normalnego życia. Rzecz ma się jednak tak, że… aha, no cóż sami zobaczcie.

W miejscu gdzie Imperialna Droga wpada do Żelaznego Traktu panuje bezustanny ruch. Skrzyżowanie to łączy trzy ogromne ośrodki miejskie. Od zachodu, za Żelazną przełęczą – Faberterrę. Od południa – Ekul. I od północy – Jalizzar. Na wschód od tego skrzyżowania znajduje się Zandor. Jeszcze sto lat temu mogłaby to być część cywilizowanego świata, jednak od najazdu Valków większe osiedla opustoszały, pozostałe ludy zamieszkujące te tereny wróciły do pierwotnych zwyczajów. Jednak na skrzyżowaniu wspomnianych dróg stoi, jak najbardziej Imperialna i cywilizowana karczma.
Jest to doskonale utrzymany przybytek o nieposzlakowanej reputacji i ustanowionej liście stałych klientów. Choć już od dekad nie był on celem ataków bandytów, to wciąż utrzymuje w nienagannym stanie prawie dwumetrowy kamienny mur. Wewnątrz niego znajdują się oczywiście stajnia mieszcząca ponad trzydzieści koni i wozownia na niecałe dwa tuziny powozów. Jest tam również kuźnia, Imperialna poczta, pomniejszy dom wag i stanica Imperialnych strażników dróg. Wszystkie te przybudówki są przytłoczone przez centralny budynek. Złota przystań jest bowiem trzypiętrowym kolosem na planie kwadratu o kamiennej podbudówce. Najwyższe piętro jest oczywiście zarezerwowane dla najlepiej płacących. Na drugim również znajdują się pokoje. Choć mniejsze i gorzej wyposażone, to jednak równie czyste i zadbane. Pierwsze piętro to wspólna sala. Ku zgrozie wielu, którzy spędzili wieczór na ostrej popijawie, nie śpi się tam na podłodze, ale na piętrowych łóżkach. Oczywiście miejsca dla tych, którzy już po drabince nie dają rady się wspiąć znajdują się przy kominku na parterze lub w stajniach, jeśli wcześniej pokalali oni swoją godność.
Początek lata u stóp Żelaznych Gór sprawia, że pogoda jest kapryśna. Tego wieczoru jest ciepło i wilgotno, co zwiastuje burzę. Złota Przystań jest pełna aż po brzegi. Główną salę wypełnia radosny gwar i śmiech klientów. Choć w środku jest nieznośnie gorąco i duszno, to wszyscy wolą to niż towarzystwo krwiożerczych komarów i parujący od gorąca smród ze stajni. Większość tłumu, to obsługi karawan kupieckich – twardzi mężczyźni, o prostych potrzebach. Kilka jednak osób wyróżnia się z tłumu.
W kącie siedzi mężczyzna w błyszczącej zbroi. Jego tarcza i włócznia – znaki hoplity Żelaznej Falangi – są oparte o ścianę obok. Towarzyszy mu dwóch zupełnie innych typów. Jeden wyraźnie pochodzi z Ludu Kurhanów. Gdyby jego wygląd i ubranie o tym nie świadczyły, to zwyczaj rozmawiania z czaszką wskazywałby na to, że jest czarnoksiężnikiem. Drugi, ubrany w wygodny strój podróżny, nie wydaje się wyróżniać z tłumu. Widać jednak, że zachowuje czujność. Mimo spokoju na sali, jego oczy wciąż błądzą. Prawdopodobnie w poszukiwaniu zbyt ciężkich mieszków. To nie jest trio, z którym ktokolwiek z obecnych chciałby zadrzeć.
W Zandorze Valkowie nie są rzadkim widokiem. Jednak samotna kobieta z tego ludu wzbudza podejrzenie. Zwłaszcza jeśli odpracowuje w kuchni swój wikt i opierunek. Kto wie co, czi sie w jej przeszłości i przyszłości. Może została wygnana za jakąś zbrodnię. Może jednak jest na misji od swojego wodza lub króla. Lub podróżuje w głąb Imperium w poszukiwaniu zemsty.
Kolejną postacią wyróżniającą się z tłumu jest półnagi barbarzyńca. Wygląda na mężczyznę z plemienia Nordów. Wybrał stolik poganiaczy mułów, którzy wydawali się pić najciężej i jeść najwięcej. Nie mieli oni dość odwagi, żeby mu odmówić, ale nie żałowali tej decyzji później.
Uważny obserwator zauważy też, że tłum zachowuje się inaczej wokół jednego ze stolików na sali. Zupełnie jakby wszyscy starali się go omijać z daleka. Tam, przy zgaszonych świecach i okryty kapturem siedzi tajemnicza postać. Nikt nie śmie nawet zgadywać, kim on jest.
Jednak tego wieczoru, mimo tych wszystkich osobistości na sali, wzrok mężczyzn przyciąga para zajmująca jeden z małych stolików w centrum sali. Ich piękno oraz wyszukane stroje bardziej pasują do bogatych kupieckich domów lub arystokratycznych pałaców. Mimo że każdy chciałby spędzić z nimi choć chwilę, to nikt nie ma odwagi do nich podejść. Jak jeden mąż przechwalają się, że zaraz to zrobią i od jednego “założę się, że nie” do kolejnego “jesteś tchórzem” i “ty pierdoło”, pięści idą w ruch.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.