Legendy Magii Cienia

Tam, gdzie wieją wichry

Wizja Nevarii

Smak… w smaku było… niecodzienne. Nieco śliskie, mięsiste, bardziej zbite, niż mogłam oczekiwać. Pachniało wodą, glonami i solą. Dziwne uczucie wypełniło nie tylko mój brzuch, ale szybko rozchodziło się w górę, wędrując do głowy. Nagle wszystko zawirowało… bardziej nawet zabulgotało i zakotłowało się. Wir i piana wodna otaczały mnie ze wszystkich stron, moje ciało stało się nienaturalnie wielkie, jakby przerośnięte, ale silne tak, że czułam, iż niewiele rzeczy na tej ziemi może mnie ograniczyć. Tak, uczucie potęgi… To chyba najpełniejsze możliwe określenie w tym ubogim języku, aby nazwać ekstazę płynącą z mocy. Byłam niemal niezniszczalna, byłam największa, byłam… panem wód… krakenem. Kiedy doszło do mnie, że widzę jego oczami odzyskałam mały płomyk własnej świadomości. Co dziwne – nie czułam strachu, nadal czułam się potężna razem z nim, jakbym była jego częścią, myślałam i byłam jak on.
Miał jeden cel – kierował się w stronę wybrzeża, by siać zagładę, niszczyć tych, którzy mu się sprzeciwili, którzy mu zagrozili. Przecież nic nie oprze się jego mocy.
Wiał bardzo porywisty wiatr, niebo zasnuwały ciężkie chmury, głębie wód falowały i pulsowały, jakby sam ocean razem z panem wód chciał objawić swoją destrukcyjną siłę. Zbliżaliśmy się bardzo szybko, gnani podmuchami wiatru i siłą własnych mięśni. Jednak małe, złote plamki na horyzoncie wcale nie uciekały. Doskonale wykonane zbroje połyskiwały przy gwałtownych uderzaniach gromu. Stały ich tam setki, na platformach na wodzie, ciągnących się w pewnym oddaleniu od brzegu. Czułam ogarniającą pana wód furię, jego gniew był niemal namacalny. Wyprężył ciało i wziął potężny zamach jednym ze swoich śmiercionośnych ramion, w chwili krótszej niż oddech niszcząc jedną z wielkich platform. Co dziwne – złote plamki nie krzyczały ani nie uciekały przed jego majestatem. Podniósł kolejne i kolejne ze swoich odnóży, gwałtownie je obracając i ściągając w morską otchłań następne cztery platformy. Tymi, którzy spadli nasyci się później – teraz najważniejsze było zniszczenie. Następne odnóża powędrowały w górę i zamachnęły się do ciosu. Plankton tonął w swoich złotych zbrojach. Czuł zadowolenie. I wtedy to się stało. Poczułam, tak jak on, dojmujący ból w okolicach czaszki. Ból, czymże był dla niego ból, on go nie znał, nigdy nie czuł, nie wiedział co się dzieje. Przez moment zachwiał się zdezorientowany, jedna z macek opadła bez woli w morską toń, wzbijając wokół wielką falę. Próbował obrócić swoje gargantuiczne cielsko w stronę, z której uderzył harpun. Za nim, za nami było więcej platform, każda z nich uzbrojona w wielki pocisk, z których jeden już tkwił w czaszce istoty. Tak wiele z nich wystrzeliło… Dowiedział się, co to ból. Poznał go z całą, dojmującą głębią…
Spał. Wiedział, że śpi. Czas nie miał znaczenia. Nie było gniewu, bólu, nie było potęgi, nic już nie było, nic się nie liczyło. Piękna, czarnowłosa kobieta stąpała po jego ciele niezwykle delikatnie. Niedaleko jego głowy posadziła niewielki, pachnący kwiat, o niebieskiej łodydze i rubinowych płatkach.

Comments

Witold_Fiore_Hess d00mka

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.