Legendy Magii Cienia

Bijatyka

Bójka rozlewa się po karczmie tak samo szybko jak, jej pierwsza ofiara – kufel cienkiego piwa po stole. Znudzeni poganiacze mułów dołączają do niej ochoczo pod przewodnictwem półnagiego barbarzyńcy. Nord łapie pierwszych dwóch klientów dotychczas złączonych w zapaśniczym uścisku i zderza ich głowami rechocząc głośno. Stojący po drugiej stronie stołu mężczyzna ciska w niego kuflem. Nie trafia. Trunek oblewa tłum a naczynie rozbija nakrycia na stole hoplity i jego towarzyszy. Żołnierz podrywa się na równe nogi chwytając za swoją tarczę. Przezornie zostawia włócznię w spokoju. Czarnoksiężnik z Ludu Kurhanów chyżo chowa się za nim, zaś Jalizzarski złodziej, jak zawsze dostrzegając okazję dla swojego fachu, ostrożnie rusz w poszykiwaniu łatwych łupów.
Obsługa jest doskonale przygotowana na ewentualność karczemnej burdy. Nawet pracująca tymczasowo Valka dostaje do ręki drewnianą pałkę i zabiera się do przerzedzania obrzeży ciżby precyzyjnymi ciosami w potylicę. Mimo to burda trwa w najlepsze. Kufle, talerze i misy idą w drzazgi. Krzesła walają się po ziemi. Stoły przezornie zostały przybite do ziemi i tylko jeden z nich poddaje się pod siłą mięśni potężnego Norda i zostaje użyty do przewrócenia trzech mężczyzn.
Dwóch pozornie splecionych ze sobą poganiaczy mułów zbliża się do piękności, które są przyczyną tego zamieszania. Obie mają figlarne uśmiechy na ustach i napawają się obserwacją tak mało spotykanego dla nich elementu folklor. Mężczyźni rozplątują się zaraz przed ich stolikiem i ruszają, aby przynajmniej na chwilę pochwycić te idealne krągłości w swe dłonie. Jednak jeden z nich z całym impetem uderza czołem w tarczę, a drugi rozciąga się na ziemi podcięty nogą w stalowym nagolenniku. Pewnie więcej z nich wpadłoby na ten pomysł i stalowe pięści hoplity, obrońcy niewiast w potrzebie, miałyby sporo roboty, ale w tym momencie rozlega się głośny trzask.
Gliniana fiolka rozbija się o strop. Wszyscy uczestnicy bójki nagle zatrzymują się i zaczynają bezskutecznie próbować odkleić się od czegokolwiek czego właśnie dotykali: stołów, krzeseł, podłogi i siebie nawzajem. Spod kaptura postaci w rogu , pośród jego czarnej brody widać lekki uśmiech. Po tym udanym rzucie odłożył torbę i siadł do przerwanego piwa. Jest on alchemikiem lotosu, a fiolka zawierała magiczną substancję błyskawicznie łączącą wszystkie powierzchnie. Na szczęście klej szybko się rozpuszcza i już po chwili większość ofiar zostaje uwolniona. Nikt jednak nie ma już ochoty kontynuować atrakcji wieczoru i większość udaje się do swoich łóżek.

- Muszę podziękować za twoją pomoc, Hoplito – zwróciła się do niego blond włosa piękność. – Kto wie, co z nami zrobiliby ci nieokrzesańcy, gdyby nie twoja interwencja.
Dwie kobiety przysiadły się do tria mężczyzn, gdy tylko obsługa uporała się z uporządkowaniem krzeseł.
- Jestem Navaria Saviana Vrissaril, a to moja towarzyszka, Ashtariae.
Nim któryś z trójki zdążył odwzajemnić uprzejmości, nad ich stołem rozległ się basowy głos.
- A ja jestem Nanoc, Niszczyciel. Mogliście usłyszeć to imię krzyczane przez tłumy na arenach od Tricarni aż po Caldeię.
Półnagi barbarzyńca następnie dosiadł się do nich. Ława ugięła się pod ciężarem jego umięśnionego ciała.
- A wy jesteście ostatnimi, którzy tu piją. – Najwyraźniej postanowił zignorować dwie pozostałe osoby w zajeździe. Tajemniczego alchemika w rogu i Valkirię nalewającą sobie piwo przy kontuarze.
Hoplita odpowiedział Navarii i Ashtarie ignorując Nanova.
- Nazywam się Remleus, a ogólnie to moi towarzysze Vojto Kristophos i Szczerbata Czaszka.

Karczmarz wyszedł z kuchni, gdzie właśnie skończył przygotowywać ciasto na poranny chleb. Nie spodziewał się nikogo zastać na sali, ale pewnie ostatecznie sam był sobie winien. Dzięki interwencji alchemika lotosu straty po bójce były tak niskie, że karczmarz z radości postanowił ofiarować mu dzban piwa. Alchemik pił na tyle wolno, że chyba miał zamiar, aby wystarczył mu on do samego rana. Najwyraźniej wolał ławę przy kominku niż łoże we wspólnej sali. Był to wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna. Siedząc lekko się garbił, przez co jego twarzy była jeszcze głębiej skryta pod kapturem czerwonego płaszcza. Nosił gęstą czarną brodę, a jego oczy były niczym dwie krople smoły. Przy jego krześle leżała brązowa skórzana torba inkrustowana w delikatny geometryczny wzór. Był to znak jego profesji zawierający składniki i urządzenia do produkcji eliksirów, olejów i maści z Lotosu.
Karczmarz równie nieopatrznie obiecał Valce, że jeśli dojdzie do burdy to nie tylko jej dług zostanie spłacony, ale jeszcze będzie mogła pić do woli tego wieczoru. Zrobił to, bo kobieta trochę go przerażała. Jak się okazuje miała mocniejszą głowę niż się spodziewał. Valkiria wciąż miała na sobie swój skórzany pancerz. Długie proste włosy rozpuściła po pracy i teraz spływały na jej ramiona niczym srebrny wodospad. Jej karnacja należała do typowej dla jej ludu. Mieszanina ciemnej i żółtej skóry, a do tego lekko skośne oczy. Były duże i miały szary kolor z plamkami złota.
Być może jednak karczmarz odbije sobie to na uczciwych klientach. Wciąż sześcioosobowa grupa czekała na obsługę przy jednym ze stolików. Z mieszaniną chęci zysku i zmęczenia podszedł do nich, aby zapytać czego sobie życzą.

Danima i Jarra przeszły długą drogę. Świt już się zbliżał, a niebo z czarnego przybierało szarą barwę, gdy w końcu ujrzały zabudowania Złotej Przystani. Danima w duchu odetchnęła z ulgą. Grymas Jarry z kolei stał się bardziej ponury.
Obie kobiety były diametralnie różne od siebie. Danima przeżyła już ponad trzydzieści zim i było widać to na jej wysmaganej wiatrem i spieczonej słońcem twarzy. Garbiła się lekko przez co wydawała się jeszcze niższa i bardziej krępa niż naprawdę była. Ciemne i długie włosy chowała pod szarą chustą. Jej suknia była równie bezbarwna, a swoje stopy schowała w brązowe mokasyny.
Jarra widziała prawie dwa razy mniej wiosen niż jej towarzyszka. Włosy o kolorze złota miała krótkie i przepasane błękitną opaską. Jej okrągła twarz była gładka i naznaczona tylko dołeczkami przy uśmiechu. Nosiła biało niebieską tunikę i sandały. Nawet zmęczona po długim marszu wyglądała uruczo i ślicznie.
- Powinnyśmy zatrzymać się na śniadanie – głos Jarry był słaby i zmartwiony. – O tej godzinie i tak nikogo nie znajdziemy.
- Nie – Danima odpowiedziała bez emocji. – Im wcześniej dotrzemy, tym lepsze mamy szanse.
Bez dalszej dyskusji zeszły ze wzgórza na drogę i do znajdującej się po drugiej stronie karczmy.

Gdy wchodzisz do karczmy zaraz po świcie i jest tam ktoś z połową kufla piwa, to zawsze pojawia się pytanie: czy to jeszcze kolacja, czy już śniadanie?

Jarra stanęła przy drzwiach, jednak Danima ruszyła w stronę pijącej grupy sześciu osób. Lepiej było zwerbować szóstkę pijaków, niż ponownie wrócić samotnie do Gallan. Przy stole były dwie kobiety. Obie wyglądały na arystokratki. Nie interesowały jej, ale nie dało się ich przeoczyć. Nevaria miała włosy o kolorze białego złota i duże zielone oczy. Ubrana była w nie więcej niż trzy chusteczki okrywające jej intymność i komplet delikatnej biżuterii. Jej perlisty śmiech roznosił się po sali. Obok niej siedziała Ashtariae. Była tylko trochę bardziej odziana w zwiewną czarną szatę. Jednak siedząc przyjęła wyzywającą pozę. “Eksponując i nie pokazując” na tyle na ile tylko to możliwe. Kasztanowe włosy spływały na jej ramiona, a ciemne i duże oczy rzucały powłóczyste spojrzenia na półnagiego barbarzyńcę siedzącego obok niej.
Ten z kolei nic sobie z tego nie robił pijąc i głośno śmiejąc się z ostatniego żartu Nevariiz c. Był Nordem z północy i za nic miał subtelności cywilizowanego flirtu. Jego potężne mięśnie ramion i torsu pokrywały niebieskie tatuaże plemienne i liczne blizny. Nanoc na arenach Faberrtery zwany był Niszczycielem, a w jej nocnych lokalach Poskromicielem. Rzadko okrywał swe ciało czymś więcej niż skórzaną przepaską biodrową. Długie brązowe włosy nosił rozpuszczone, ale gdy spodziewał się kłopotów zbierał je pod opaską splecioną z rzemieni ozdobioną gładkimi kamieniami pod kolor jego piwnych oczu. Danima była pod wrażeniem stojącego obok barbarzyńcy kafara bojowego. Był on ogromny i wykonany z grubego trzonu z czarnego drewna i żelaznego podwójnego bijaka ukruszonego w kilku miejscach. Wydawało się jej, że tylko ktoś o legendarnej sile herosów z pieśni mógłby nieść coś takiego do walki.
Mimo że ta trójka była imponująca, a Nanoc byłby z pewnością przydatny dla jej sprawy, to Danimę zainteresowała bardziej pozostała trójka w pełni odzianych mężczyzn. Dwóch z nich nosiło skóry. Vojto Krisophos wyprawiony pancerz, którego paski były poluzowane. Pod nim nosił białą koszulę i gładkie czarne spodnie. Danima stwierdziła, że był przystojny. Kasztanowe krótkie włosy, równo przystrzyżona włosa i ułożone wąsy dodawały jego gładkiej twarzy męskości. Tylko jasno niebieskie oczy nie podobały się doświadczonej wieśniaczce. Były to oczy tego typu handlarzy, którzy zawsze próbowali wyskrobać z ugody coś więcej dla siebie lub mniej dla drugiej strony.
Szczerbata Czaszka, człowiek z Kurhanów, miał na sobie czarne skóry niewyprawione i powiązane rzemieniami. Ostre rysy twarzy podkreślały białe barwy, a oczy wydawały się czarnymi studniami. Na stole przed nim leżał żółtawy stary czerep. Na początku Danima myślała, że jest to jego kielich, ale w pewnym momencie mężczyzna podniósł go i zamiast się napić szepnął do niej parę słów. To właśnie z tego zwyczaju śmiali się Navaria i Nanoc, za nic mając czarnoksięstwo, na które wskazywał ten zwyczaj. Wieśniaczka, jak każda prosta kobieta, znała magię tylko z opowieści i bała się jej. Jednak w tych rozpaczliwych czasach nie odrzuciłaby jego pomocy.
Nareszcie jej oczy spoczęły na wojowniku, którego szukała. Kobieta nie rozpoznała metalu, z którego była wykonana jego zbroja. Mylnie wzięła go za żelazo, ale i tak zrobiło to na niej wrażenie. Pancerz był skromny, ale dobrze utrzymany. Napierśnik odbijał światło świec z prawie tą samą siłą z jaką na niego padało. Rzemienie trzymające naramienniki i nagolenniki były poluzowane, ale wyglądały na nowe i poprawnie nasmarowane. Czerwone frędzle i pióropusz były nienaruszone i wszystkie na miejscu. Pod pancerzem jego tunika była perliście biała. Jednak najbardziej imponujące było to, czego Danima nie rozpoznała. Jego pancerz i tarcza wykonane były ze stali. Ten stop metali potrafili wykonać tylko kapłani Boga Kowala u szcytu Imperium. Teraz jednak to rzemiosło, jak wiele innych, zostało zapomniane.
Prawda o Remleusie, weteranie IX Żelaznej Falangi, i jego nieskazitelnym wyglądzie przedstawiała się trochę, choć nie dużo gorzej, niż to ujrzały zdesperowane oczy Danimy. Gallan, rodzinna wioska obu wieśniaczek, który przybyły tego ranka do Złotej Przystani, zajazdu na skrzyżowaniu Żelaznego Traktu i Imperialnej Drogi, potrzebowała jednak idealnego Hoplity i takim dla niej stał się Remleus.

Comments

Witold_Fiore_Hess Witold_Fiore_Hess

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.